Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
W Y D A R Z E N I A

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Kościół.Polska.Świat.Magazyn.
Magazyn

FAKTY - OPINIE - KOMENTARZE

Umrzesz... I co dalej?

Aleksandra Sowa-Zduńczyk /Jezus.com.pl

 

Żyjemy dzisiaj wszyscy w zastraszającym tempie. Nieustannie jesteśmy w biegu pomiędzy pracą, domowymi obowiązkami, zakupami i modnymi rozrywkami. Wiele czasu poświęcamy dbaniu o swój wygląd, autoprezentacji, planowaniu wielu drobiazgów związanych z naszym życiem. Musimy chociaż na moment przerwać ten nieustanny bieg, żeby uświadomić sobie podstawowy fakt: prędzej czy później umrzemy.

 

Nie chodzi o to, że ludzie umierają, że każdy kiedyś umrze, ani nawet o to, że starsze i młodsze, bliższe i dalsze osoby z naszego otoczenia czasem umierają. Rzecz w tym, że to właśnie Ty umrzesz. I ja również. Pytanie fundamentalne brzmi: co będzie dalej? W maratonie życia nie mamy czasu na zadawanie tego pytania, a może  właśnie dlatego biegniemy, żeby przed nim uciec.

 

Zadziwia mnie i przeraża - pisze Pascal - obojętność wobec następującej kwestii: wieczność, którą przynosi ze sobą śmierć, jest rzeczą tak bardzo wzniosłą, tak głęboko nas dotyczącą, że trzeba być pozbawionym wszelkiego poczucia logiki, aby pozostać obojętnym wobec takiego problemu. (...) Właśnie tenże człowiek, który spędza wiele dni i nocy w zagniewaniu i desperacji z powodu niepowodzenia w karierze, zdąża bezmyślnie ku śmierci, która jest stawką o wszystko lub nic.

 

Zatrzymajmy się więc dzisiaj i zastanówmy nad odpowiedzią.

 

Czy jest cokolwiek po śmierci? Czy przestaniemy istnieć i to będzie nasza wieczność? Czy będziemy dalej żyli w jakiejś innej rzeczywistości? Jak to będzie wyglądało?

 

Jezus Chrystus mówi jasno: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. (J 11, 25-26)

 

Tak więc mamy odpowiedź i to bardzo jednoznaczną. Dlaczego jednak tak trudno wierzyć w to człowiekowi XXI wieku?

 

Być może z powodu doświadczeń jakie przyniosła nam historia najnowsza.

 

Wiek XX przyniósł śmierć w ilościach masowych. Przestała ona być czymś jednostkowym, tajemnicą, wokół której chodzi się na palcach. Człowiek dwudziestowieczny stał się obojętny na śmierć, przez wojnę uruchomił się w nim samoobronny mechanizm znieczulenia. A potem, im dalej od tych tragicznych wydarzeń XX w, tym mniej ludzie o tym mówią, żeby tylko zapomnieć.

 

Wiek XXI przyniósł całkiem inne problemy. Rozpowszechnienie różnego rodzaju badań genetycznych i biologicznych, coraz bardziej popularne stawianie człowieka w jednym rzędzie z małpami i innymi „braćmi na niższym poziomie ewolucji” spowodowało, że człowiek stał się obojętny na swoje człowieczeństwo. Przestał wierzyć w swoją wyjątkowość.

 

Dał sobie wmówić, że jego uczucia, wrażliwość, płynące z oczu łzy na widok czyjegoś bólu i smutku, nieszczęśliwej miłości, niespodziewanie znalezionego zdjęcia jakiegoś dawno zmarłego przyjaciela czy członka rodziny; miłość, która powoduje, że jest w stanie zrezygnować z tego, co przynosi mu korzyść na rzecz dobra ukochanej osoby, aż do poświęcenia życia, że potrafi spędzać długie bezsenne noce przy łóżku swojego małego dziecka, mimo zabiegania znaleźć czas na rozmowę z przyjacielem; inteligencja, która pozwoliła mu tworzyć dzieła daleko bardziej trwałe niż on sam, wielkie cywilizacje, miasta, wynalazki i loty w kosmos - że to wszystko jest czymś absolutnie zwyczajnym, naturalnym, że to nic wyjątkowego.

 

Być może właśnie te doświadczenia sprawiają, że tak trudno nam wierzyć, że Bóg wybrał sobie człowieka, ukochał go.

 

To jednak pozostaje faktem i osobistym doświadczeniem wielu ludzi. Tak pisze o tym Andre Frossard, słynny francuski pisarz i dziennikarz, wychowany w ateistycznej rodzinie:

 

To, co zamierzam wam opowiedzieć, to nie historia jakiegoś odkrycia intelektualnego. Jest to relacja o doświadczeniu fizycznym, o doświadczeniu prawie laboratoryjnym. Otwierając żelazne drzwi klasztoru (szukając swojego kolegi) byłem ateistą. Ateizm przybiera wiele form. Jest ateizm filozoficzny, który wcielając Boga w przyrodę odmawia Mu odrębnej osobowości i umieszcza wszystkie rzeczy w zasięgu ludzkiej inteligencji; nic nie jest Bogiem, wszystko jest boskie. Ten ateizm prowadzi do panteizmu pod postacią jakiejś ideologii. Ateizm naukowy odrzuca hipotezę Boga jako nieodpowiednią w badaniach i usiłuje wyjaśnić istnienie świata tylko poprzez właściwości materii, nie pytając, skąd ona sama pochodzi. Jeszcze bardziej radykalny ateizm marksistowski nie tylko neguje Boga, ale posłałby Go na urlop, nawet gdyby istniał. Jego natrętna obecność przeszkadzałaby w wolnej grze woli człowieka. Istnieje również ateizm najbardziej rozpowszechniony, który dobrze znam, to ateizm idiotyczny. Taki był mój ateizm. Ateizm idiotyczny nie stawia sobie pytań. Uważa za naturalne przebywanie człowieka na ognistej kuli pokrytej cienką warstwą suchego błota i obracającej się wokół swojej osi z prędkością ponaddźwiękową dookoła słońca - czegoś w rodzaju bomby wodorowej, unoszonej przez miliardy lampionów (gwiazd) o zagadkowym pochodzeniu i nieznanym przeznaczeniu. Byłem jeszcze takim ateistą, kiedy przechodziłem przez drzwi kaplicy i pozostawałem nim nadal w jej wnętrzu. Obecni tam ludzie, widziani pod światło, rzucali tylko cienie, między którymi nie mogłem odróżnić mojego przyjaciela i coś w rodzaju słońca promieniowało w głębi kaplicy. Nie wiedziałem, że był to Najświętszy Sakrament. (...) Religia była (dla mnie) starą chimerą, a chrześcijanie - gatunkiem opóźnionym na drodze historycznej ewolucji. Historia opowiedziała się za nami - za lewicą, a problem Boga był rozwiązany przez negację, co najmniej od dwóch do trzech stuleci. W moim środowisku religia wydawała się tak niemodna, że nie było się już nawet antyklerykałem, chyba tylko w dniach wyborów... Jeszcze dzisiaj widzę tego dwudziestoletniego chłopca, którym wtedy byłem. Nie zapomniałem jego osłupienia, kiedy nagle wyłaniał się przed nim z głębi tej skromnej kaplicy świat, inny świat - o blasku nie do zniesienia, o szalonej spoistości, którego światło objawiało i jednocześnie zakrywało obecność Boga, tego samego Boga, o którym jeszcze przed chwilą przysięgałby, że istnieje tylko w ludzkiej wyobraźni. Jednocześnie spływała na niego fala słodyczy zmieszanej z radością o mocy, która może skruszyć serce, i której wspomnienie nigdy nie zaniknie, nawet w najgorszych chwilach życia, niejednokrotnie przenikniętych lękiem i nieszczęściem. Odtąd nie stawia sobie innego zadania, jak tylko świadczyć o tej słodyczy i o tej rozdzierającej czystości Boga, który mu pokazał owego dnia przez kontrast, z jakiego błota został ulepiony... Owym światłem, którego nie ujrzałem cielesnymi oczyma, nie było to, jakie nas oświeca lub powoduje opalanie. To było światło duchowe, tzn. światło pouczające - jakby żar prawdy. Odwróciło ono definitywnie porządek rzeczy. Od chwili, kiedy je ujrzałem, mógłbym powiedzieć, że dla mnie tylko Bóg istnieje, a wszystko inne jest jedynie hipotezą... (...) Podkreślam. To było obiektywne doświadczenie, prawie z dziedziny fizyki, i nie mam nic cenniejszego do przekazania, jak tylko to: poza tym światem, który nas otacza i którego cząstką jesteśmy, odsłania się inna rzeczywistość, nieskończenie bardziej konkretna niż ta, w której na ogół pokładamy ufność. Jest ona ostateczną rzeczywistością, wobec której nie ma już pytań” (Andre Frossard: „Jedność”).

 

Jezus obiecuje nam życie wieczne w Jego obecności. Życie pełne pokoju serca, bez bólu, smutku i zmartwień, życie ludzi, którzy są spełnieni w swoim człowieczeństwie przez zjednoczenie z Bogiem. Wystarczy w to uwierzyć, czyli wejść w żywą relację z Osobą Jezusa, by zyskać pewność jaką miał Andre Frossard. Obietnice Boga nigdy nie zawodzą.

 

Dla człowieka, który nawet już chce pójść za Jezusem, problem życia wiecznego może się jeszcze rozbijać o inną kwestię. Trudno nam sobie wyobrazić jak będzie wyglądało niebo. Teologowie mówią, że to będzie świat nie postrzegany zmysłami ludzkimi, dlatego nie da się go opisać. I właśnie to często jest powodem naszego niedowiarstwa. Jak może istnieć coś tak bardzo różnego od naszej realnej rzeczywistości, że nawet nie potrafimy sobie tego wyobrazić? Zwłaszcza dzisiaj, w dobie wizualizacji i kreacji komputerowych obrazów wydaje się to niemożliwe. Potrzeba w tym momencie pokory, by pokłonić się przed tajemnicą i uznać, że człowiek jednak nie wszystko może ogarnąć umysłem i wyobraźnią. Osobiście bardzo mi w tym pomaga pewne opowiadanie, które kiedyś usłyszałam:

 

W brzuchu ciężarnej kobiety były bliźniaki. Pierwszy zapytał drugiego:

 

- Wierzysz w życie po porodzie?

 

- Jasne. Coś musi tam być! Mnie się wydaje, że my właśnie po to tu jesteśmy, żeby się przygotować na to co będzie potem.

 

- Głupoty. Żadnego życia po porodzie nie ma. Jak by to miało wyglądać?

 

- No nie wiem, ale będzie więcej światła. Może będziemy biegać, a jeść buzią...

 

- No to przecież nie ma sensu! Biegać się nie da! A kto wiedział, żeby jeść ustami! Przecież żywi nas pępowina.

 

- No ja nie wiem, ale zobaczymy mamę, a ona się będzie o nas troszczyć.

 

- Mama? Ty wierzysz w mamę? Kto to według ciebie w ogóle jest?

 

- No przecież jest wszędzie wokół nas... Dzięki niej żyjemy. Bez niej by nas nie było.

 

- Nie wierzę! Żadnej mamy nie wiedziałem, czyli jej nie ma...

 

No jak to? Przecież jak jesteśmy cicho, możesz posłuchać jak śpiewa, albo poczuć jak głaszcze nasz świat. Wiesz, ja myślę, że prawdziwe życie zaczyna się dopiero później...

 

Myślę, że to opowiadanie jest świetną odpowiedzią dla wszystkich niedowiarków - tych z wielkimi i małymi wątpliwościami.

 

Jeśli podjąłeś refleksję nad swoją śmiercią i wiecznością, to musisz jeszcze zdecydować, czy chcesz zawierzyć Jezusowi i wybrać jedyną pewną drogę do życia wiecznego. Jezusowi tak bardzo zależy na Tobie, że oddał to, co jako Człowiek miał najcenniejszego - swoje życie. Umarł po to, żebyś Ty mógł żyć wiecznie! Kocha Cię tak szaloną miłością, że był w stanie poświęcić samego siebie, żeby tylko nigdy nie musieć się z Tobą rozstawać. Całą swoją miłość wraz z życiem wiecznym możesz otrzymać, jeśli zrobisz jedno: całkowicie zaufasz Jezusowi i pozwolisz Mu, żeby prowadził Cię przez życie. Uwierz całym sercem, mimo że może nie wszystko wydaje się jasne i zrozumiałe. Powtarzając za ks. M. Piotrowskim: To jest jedyna recepta na pełnię szczęścia i osiągnięcie życia wiecznego w niebie. Zmarnować taką szanse byłoby szczytem bezmyślności i głupoty. Pascal przytacza jeszcze jeden argument: Jeżeli wierzący myli się i skoro naprawdę poza progiem śmierci są tylko milczenie i ciemności, on się nigdy o tym nie dowie. Jeżeli natomiast niedowiarek się myli, jeżeli coś jest, to przez całą wieczność będzie ponosić konsekwencje swego błędu.

 

 

Przeczytaj także:

Zwycięstwo nad rozpaczą

Pseudo-święta

Małych świętych obcowanie

Śmierć


Zobacz na Opoka.tv:

bEZ sLOGANU 2: Halloween i Wszystkich Świętych

Odliczanie do wieczności

Przebłysk wieczności

Do piekła i z powrotem

Rafał Borkowy: "Miłość mi wszystko wyjaśniła"

KOMENTARZE