


Albert Wojnar
Jak to jest, że osobom, które spotkały w życiu Boga tak trudno jest porozumieć się z „normalnymi” ludźmi? Dlaczego ci drudzy postrzegają pierwszych jako „nawiedzonych” albo „fanatycznych” ludzi? Może problem leży także po stronie uduchowionych?
Mam kolegę, który można powiedzieć, że wręcz boi się uduchowionych ludzi. Jest chrześcijaninem, katolikiem i traktuje swoją wiarę na poważnie. Wiara nie jest dla niego tylko wypełnianiem tradycji czy przyzwyczajeń. Jakoś tak się jednak składa, że osoby, które spotkały w życiu Boga i teraz chcą o Nim mówić, po prostu go odstraszają. Mówi, że „unoszą się nad miastem”. No właśnie, w czym tkwi problem, bo przecież takich osób jest z pewnością dużo więcej. Co my chrześcijanie musimy zrobić, żeby dotrzeć z Dobrą Wiadomością o Bogu do wszystkich, a więc też i do tych ludzi?
Odrealnienie
Wydaje mi się, że jako chrześcijanie, nowo nawróceni, którym Bóg pokazał, że istnieje i że się o nas troszczy zapomnieliśmy, że Bóg po to do nas przyszedł, żebyśmy my nieśli Go teraz innym ludziom. W kręgach świadomie żyjących chrześcijan jest o wiele mniej rozwodów, mniej tragedii alkoholizmu i różnych innych problemów (co jest potwierdzone wieloma badaniami), ale oczywiście to NIE JEST powód do dumy. Żadna w tym nasza zasługa, że spełniamy to co chce od nas nasz Bóg. Zauważam jednak problem, że stajemy się dumni z tego w jaki to dobry sposób żyjemy - łatwo nam jest krytykować innych. Obserwuję też problem, że my tak dobrze czujemy się we własnym towarzystwie, że zapominamy o tym, że najważniejszym zadaniem dla każdego z nas na całe nasze życie, jakie zostawił nam Jezus jest „iść i czynić uczniów ze wszystkich narodów”. Problem, o którym piszę zauważam po samym sobie. W ostatnim czasie miałem okazję rozmawiać z paroma osobami, które mówiły, że w ich rodzinach niestety nadchodzi nastąpi rozwód. Rozwód oczywiście nie przychodzi sam z siebie, wcześniej pojawił się alkoholizm (dobrze sytuowanej rodziny!), kłótnie małżeńskie, brak miłości, itp. Kiedy tak słuchałem tych kilku wiadomości, pomyślałem sobie „kurcze, to tam na zewnątrz ludzie naprawdę się rozwodzą, takie coś naprawdę istnieje, to nie jest tylko rzeczywistość amerykańskiego filmu”. Przez tak długi czas żyłem tylko i wyłącznie w kręgu chrześcijan, że przestałem zauważać problemy normalnych ludzi. Ilu z nas znajduje się w takiej sytuacji? Można by powiedzieć „ale my się modlimy za nasze miasta, za osoby, które przeżywają różne problemy, kryzysy, tragedie”, no tak, ale też siedzimy sobie cieplutko i bezpiecznie w naszych chrześcijańskich grupkach i jest nam ze sobą nawzajem tak dobrze, że do tych ludzi, do których Jezus szedłby bez najmniejszego zawahania, my nie chodzimy.
Spotkania grup
Kolega, o którym pisałem wcześniej zapytał mnie po co są jakieś tam spotkania uduchowionych chrześcijan w ich grupach? Ja oczywiście odpowiadając jedną ze sztandarowych formułek mówię, że po to, żeby się nawzajem ubogacić. No właśnie „ubogacić” my oczywiście rozumiemy o co chodzi: dzielenie się Pismem Świętym, wspólna modlitwa, rozmowa na temat naszych codziennych problemów, itp., ale osoba, przepraszam za to sformułowanie, „z zewnątrz” kompletnie nie rozumie o czym mówię. Wytłumaczyłem oczywiście koledze o co chodzi w tych naszych spotkaniach. Przestał już chyba postrzegać je jako pół-sekciarskie zgromadzenia, na których nie wiadomo co się dzieje. Powiedziałem mu też, że spotkania te są po to, żebyśmy się duchowo wzmacniali, po to, żeby później iść i pokazywać Boga wszystkim dookoła. I chyba tutaj jest problem wielu wspólnot chrześcijańskich, bo wspólnota, która nie wychodzi do ludzi, a zamyka się w samej sobie staje się jakimś odrealnionym tworem, który będzie tylko straszył normalnych ludzi. Jak wiele jest wspólnot, a jak mało spotkań ewangelizacyjnych. Jak dużo jest grup, a jak mało koncertów chrześcijańskich?
Też chcę latać
Pozwolę sobie jeszcze raz wspomnieć mojego kolegę. Powiedział on do mnie „Ja też chcę latać nad miastem”. Kiedy to usłyszałem bardzo się zdziwiłem. Wcześniej mówił, że boi się takich ludzi, a tu nagle słyszę, że on chce być taki sam jak oni (oczywiście te słowa bardzo mnie też ucieszyły). Jest więc w ludziach głód spotykania w swoim życiu czegoś wspaniałego, nadzwyczajnego. Po prostu jest w ludziach głód spotkania żywego Boga. Żywy Bóg to taki, którego da się doświadczyć w codzienności, w drobnych sprawach, ale też taki, który w ciężkich przypadkach pokazuje, że jest Panem wszystkiego i może tragiczną sytuację przemienić: uzdrowić z choroby, pomóc wyjść z długów, uwolnić od nałogów, uratować małżeństwo... Taki Bóg istnieje, tylko my uduchowieni chrześcijanie, musimy to nasze uduchowienie przestać traktować jako naszą własność. Dostaliśmy od Boga wiele darów, charyzmatów, potężnych łask po to, żeby inni też mogli doświadczać tego co my.
Jeszcze raz przytoczę zdanie mojego kolegi z pracy „ja też chcę latać nad miastem” - normalni ludzie chcą doświadczać nadprzyrodzoności Boga, często sami o tym nie wiedzą, ale ten głód mają w sobie. Twórzmy więc koncerty chrześcijańskie, spotkania ewangelizacyjne, nabożeństwa z modlitwą o uzdrowienie. Tam gdzie przychodził Jezus zawsze zbierały się tłumy chorych i potrzebujących, dzisiaj tych osób wcale nie jest mniej i każdy chce tego samego - doświadczyć w swoim życiu tego, że są jedyni, niepowtarzalni i kochani, i to nie przez byle kogo, ale przez Boga, a to może się przejawiać właśnie w wielu życiowych cudach tych ludzi, które Bóg rozdziela bardzo często nie inaczej jak właśnie przez nas. Przestańmy więc unosić się nad miastem i zejdźmy z tą samą radością, którą czerpiemy z „duchowego latania”, do zwykłych ludzi, żeby właśnie tę radość przekazać im
Przeczytaj także:
Uduchowieni unoszą się nad miastem cz. 2 czyli Ja też chcę latać!