Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

P R A S A

PRZEGLĄD PRASY

Św. Marcin de Porres - dominikanin

środa, 4 listopada 009

Tygodnik Źródło nr 44 z dnia 1.11.2009

 

 

Św. Marcin de Porres

Miłosierny Mulat, miotła i myszy

Wspomnienie: 3 listopada

Żył w latach: 1569-1639

 

Patron sprawiedliwości społecznej, dzieł społecznych w Peru, ludzi ras mieszanych, fryzjerów (cyrulików), prawników, pielęgniarek i robotników, telewizji i szkół w Peru. Wzywany w przypadku plagi myszy i szczurów.

 

Najważniejszym atrybutem tego Świętego nie jest Biblia, pastorał czy krucyfiks, ale najzwyklejsza miotła. Często przedstawia się go także w towarzystwie psa, kota i... myszy.

 

Marcin de Porres - bo to on jest właśnie wspomnianym świętym - był Mulatem i bękartem. Tak, właśnie tak. Pochodził bowiem z nieprawego łoża. Jego ojciec - hiszpański konkwistador Juan de Porres - początkowo wyparł się go i dopiero po kilku latach pozwolił mu nosić swoje nazwisko. Matką Marcina była Murzynka - wyzwolona panamska niewolnica Anna Vasquez (lub Velazquez). Sam siebie nazywał Marcin „kundlem Mulatem”, „murzyńskim psem”.

 

Po bardzo biednym dzieciństwie przyszły lepsze lata. Dzięki finansowemu wsparciu ojca, Marcin mógł pójść do szkoły, a że zdradzał zamiłowania medyczne został balwierzem, to znaczy zajmował się zarówno fryzjerstwem, chirurgią (leczeniem ran, upuszczaniem krwi), jak i aptekarstwem. Nie trwało długo, a zaczęto nazywać go „cudownym doktorem”.

 

Nie taką jednak drogę życiową wybrał dla siebie Marcin. Już jako dziecko był bardzo pobożny i miłosierny (dostawał często cięgi od matki, kiedy wracał do domu z zakupów z pustym koszykiem, rozdawszy wszystko po drodze biedniejszym od siebie ludziom), a teraz zapragnął być jeszcze bliżej Boga. Mając 15 lat zgłosił się zatem do dominikańskiego konwentu Różańca Świętego w Limie. Początkowo nie chciano go przyjąć - był przecież „mieszańcem”, a na dodatek dzieckiem z nieprawego łoża. Został tercjarzem. Kiedy jednak przekonano się o jego nadzwyczajnych walorach, pozwolono mu złożyć śluby zakonne.

 

Marcin spełniał początkowo najbardziej „przyziemne” posługi - zamiatał, zmywał podłogi, czyścił toalety, prał i gotował. Po przyjęciu do zakonu powierzono mu funkcję infirmarza - czyli klasztornego medyka.

 

Zdarzyło się kiedyś, że klasztor popadł w długi. Wierzyciele byli bardzo niecierpliwi i, aby zaspokoić ich roszczenia, przeor zdecydował się sprzedać na aukcji kilka wartościowych klasztornych przedmiotów. Kiedy rozpoczynała się licytacja podbiegł do niego zdyszany brat Marcin i zaproponował dość niezwykły sposób na uzyskanie potrzebnych pieniędzy - sprzedanie... samego siebie. Jak się można było spodziewać, przeor czym prędzej odesłał go do klasztoru.

 

Marcin był mężem głębokiej modlitwy (wiele godzin dziennie adorował Najświętszy Sakrament i czcił Mękę Pańską, bywało też, że podczas modlitwy popadał w ekstazę, a nawet lewitował obejmując krucyfiks) i niezwykle surowej ascezy (wzorem św. Dominika w każdą noc trzykrotnie smagał swe ciało biczem; sypiał jedynie trzy, cztery godziny na dobę).

 

Uważano go za cudotwórcę. Miał dar prorokowania, a także bilokacji. Choć nigdy nie wyjeżdżał z Limy, widziano go... w Afryce, gdzie podobno pocieszał niewolników, w Meksyku, a także w Chinach i Japonii, gdzie miał wspierać posługujących tam misjonarzy.

 

Jeden z chorych zakonników pilnie potrzebował kiedyś jego pomocy. Choć drzwi były zamknięte na klucz - brat Marcin szybko się przy nim pojawił. Inny zakonnik, kiedy był jeszcze nowicjuszem, pewnego dnia o drugiej w nocy bardzo źle się poczuł. Leżał bezsilny i spocony, rozmyślając o swym beznadziejnym położeniu, kiedy nagle wkroczył do jego pokoju brat Marcin. Przyniósł ze sobą rozgrzany piecyk, koszulę i gałązkę rozmarynu. „W jaki sposób brat dowiedział się, że jestem taki opuszczony?” - dziwił się nowicjusz. „Nie pytaj o to. Pokój niech będzie z tobą, nie umrzesz z tej choroby” - odpowiedział Marcin. Miał rację.

 

Marcin de Porres posiadał też dar wiedzy wlanej - nie mając żadnych studiów potrafił jasno i prosto objaśniać młodym współbraciom najbardziej skomplikowane kwestie teologiczne, wykazując się znajomością „Summy Teologicznej” św. Tomasza z Akwinu i Pisma Świętego, chociaż tak naprawdę nigdy tych dzieł nie przeczytał. Jego rad w dziedzinie prawa zasięgali arcybiskup (notabene uleczony przez Marcina z ciężkiego zapalenia płuc), a także wicekról.

 

Czytelne były dla niego najskrytsze tajemnice ludzkich serc i sumień. Pewnego dnia w szpitalu umierał jakiś cudzoziemiec. Brat Marcin pojawił się w nocy u jego pielęgniarza. „Chce umrzeć, a przecież nie jest nawet ochrzczony” - stwierdził. Nie mylił się. Umierający przyznał się wtedy, że tylko udawał chrześcijanina, wyznał swe grzechy i tuż przed śmiercią przyjął Chrzest św.

 

Zakonnika z Limy podziwiano jednak przede wszystkim za wielkie serce - za posługę miłosierdzia, która nie miała sobie równych. Nazywano go „ojcem miłosierdzia”. Miał dar uzdrawiania. W czasie epidemii dżumy sam opiekował się sześćdziesięciorgiem chorych ludzi (w większości współbraci). Co więcej - wszystkich wyleczył!

 

Niemal bezustannie zapełniał biednymi i chorymi utworzone przez siebie przytułki, wolne klasztorne pomieszczenia zamienił na szpitalik, umieszczał ich także w domu swojej siostry Joanny. Pomagał wszystkim. Pożywienie (dziennie żywił ponoć aż 160 osób), dach nad głową i opiekę otrzymywali od niego Hiszpanie, Mulaci, Metysi, Murzyni i Indianie. W każdym z nich dostrzegał cierpiącego Chrystusa. Na potrzeby bliźnich przekazywał wszystkie zebrane przez siebie - podczas licznych kwest - fundusze (a jak obliczono udawało mu się zbierać nawet ok. 2 tys. dolarów tygodniowo). Troszczył się jednak nie tylko o ich materialny dobrobyt i o zdrowie ich ciał, ale przede wszystkim o zdrowie ich dusz.

 

Często odstępował potrzebującym swoje własne łóżko. Kiedyś jeden ze współbraci skarcił go za to, że umieścił w nim wyjątkowo niechlujnego, owrzodzonego starego żebraka. „Współczucie jest ważniejsze niż czystość. Wystarczy trochę mydła, żeby oczyścić swoją pościel, ale potoku łez nie wystarczy dla obmycia duszy z brudu, jaki zostawia w niej brak serca dla nieszczęśliwych” - odparł Marcin.

 

Z troski o zdrowie zakonników prowincjał zakazał mu w końcu umieszczać w klasztorze chorych i słabych. Pewnego dnia wracając do klasztoru Marcin natknął się jednak na zranionego sztyletem, konającego Indianina. Bez namysłu zaniósł go do własnej celi, postanawiając, że kiedy tylko będzie to możliwe, przetransportuje go poza klasztor - do domu siostry. Prowincjał skarcił go jednak za nieposłuszeństwo i nałożył nań surową pokutę. Marcin skwapliwie ją wypełnił, a kiedy kolejny raz miał okazję rozmawiać z prowincjałem, jeszcze raz przeprosił go za niesubordynację: „Niech mi ojciec wybaczy mój błąd, ale proszę mnie w swojej dobroci pouczyć. Bo nie przypuszczałem, że nakaz posłuszeństwa jest ważniejszy niż nakaz miłości”. Słowa te tak poruszyły prowincjała, że od tej pory nie nakładał na Marcinowe dzieła miłosierdzia żadnych ograniczeń.

 

Święty Mulat nie zapominał też o biednych dzieciach. Założył dla nich pierwsze w Ameryce kolegium (w Santa Cruz). W pobliżu Limy zasadził dla biednych figowy sad, po to by „uwolnić ich od pokusy zakradania się do cudzych sadów ze szkodą dla swoich dusz i uszczerbkiem dla właścicieli”.

 

Troszczył się nie tylko o ludzi, ale także o zwierzęta. Był prawdziwym „amerykańskim św. Franciszkiem”. Nie pozwolił krzywdzić nie tylko psów i kotów, ale nawet myszy i szczurów. Zwierzęta garnęły się do niego i były mu bezwzględnie posłuszne. Myszy gromadziły się na czas karmienia w najdalszym kącie klasztornego ogrodu i napomniane przez Marcina nie czyniły w klasztorze żadnych szkód. Psy i koty, a nawet kot i mysz, jadały u niego z jednej miski. Leczył rany chorym psom. Troskliwie pielęgnował złamaną nogą pewnego koguta.

 

Wśród przyjaciół Marcina byli św. Róża z Limy, św. Franciszek Solano, św. arcybiskup Turybiusz z Mongrovejo i św. Jan Massias.

 

Zmarł na ciężką febrę. Na miejsce pochówku odprowadzały go wielkie tłumy mieszkańców Limy - zarówno wielcy dostojnicy, jak i najbiedniejsi żebracy. Jan XXIII, który dokonał jego kanonizacji, nazwał go „Marcinem od miłości”.