


Michał Misztal /Jezus.com.pl
Łatwo nam zachwycać się superbohaterami. Może dzieciom i młodzieży łatwiej znaleźć idola wśród batmanów, spidermanów, supermanów i innych -manów. My starsi jednak wcale z nie mniejszą łatwością podziwiamy, np. tajnych agentów takich jak: James Bond czy Jason Bourne.
Bardzo łatwo przychodzi nam podziwiać do tego stopnia, że podziw ten nierzadko zakrawa wręcz o uwielbienie. Jesteśmy fanami aktorów, piosenkarzy, i innych znanych osobistości, mówimy o nich, że są naszymi idolami (notabene słowo "idol" to nic innego jak właśnie bożek. Tak więc kiedy nazywamy kogoś naszym idolem, często nieświadomie, przypisujemy mu rolę osobistego bożka). Czy z taką pasją i zaangażowaniem uwielbiamy Boga Zastępów, największego Pana, Władcę i Superbohatera wszechczasów? Wydaje się, że nie. Niestety nie. Nie chciałbym wyciągać pochopnych wniosków, jednak wystarczy przyjrzeć się naszemu i naszych sąsiadów codziennemu życiu. Prawda jest bolesna. Niewygodna. Czasem wręcz parząca nasze sumienia - jakby ktoś rozżarzony metal przyłożył nam do skóry.
Bóg przez cały Stary Testament wychowuje swój lud. Jedną z najczęstszych nagan jest ta dotycząca oddawania przez Izrael czci fałszywym bogom, a w zasadzie bożkom. Bóg wie, że nie ma innych bogów, że nie mamy nikogo innego, do którego moglibyśmy się zwracać o pomoc, ale tym samym wie też, że nie ma nikogo innego komu należne są uwielbienie, cześć i chwała. Nie bez powodu przecież przykazanie "Nie będziesz miał bogów cudzych obok mnie" w kolejności Dekalogu jest właśnie na miejscu pierwszym.
Idola się podziwia, szanuje, adoruje, szuka się u niego pomocy. Ileż to przypadków się zdarza, że mamy nieźle pokręcone własne życie rodzinne, ale za to zachwycamy się serialowymi hitami opowiadającymi o dziejach konkretnych rodzin. Nierzadko nawet włączamy, tak bardzo przecież, "życiowe" telenowele, żeby odciąć się od własnych problemów, kotłujących się uczuć po to, żeby zaserwować sobie dawkę telewizyjnych, nierealnych i zakłamanych, ale za to kontrolowanych (w każdym momencie możemy telewizor wyłączyć) emocji - płaczu, śmiechu, radości, itd. Z chirurgiczną wręcz zręcznością potrafimy odciąć się od własnego życia na rzecz, pozornie przyjemnego, zagubienia się w fałszu. Rzadko kiedy zdajemy sobie z tego sprawę, ale problem jest poważny. Bóg jest żywy. Bóg istnieje. On jest konkretną Osobą - myśli, czuje, ma swoje plany i pragnienia... jest.
Nie chcę w tym tekście krytykować nas z góry na dół. Chcę żebyśmy się zastanowili nad własnymi zachowaniami. Gdyby przyjrzeć się głębiej powodom jakie nami kierują w tym notorycznym szukaniu obiektów adoracji oraz oddawaniu im nienależnej im czci, to z pewnością jednym z nich byłoby wpisane w naszą naturę pragnienie zwracania się do kogoś potężniejszego od nas. To pragnienie wkonstruował w nas Bóg. Zrobił to po to, żeby było nam łatwiej szukać i znaleźć autentyczne, realne dobro, piękno, miłość, życzliwość, uprzejmość, ciepło, zrozumienie, pomoc... jednym słowem - zbawienie. My jednak to cudowne, wpisane w naszą naturę pragnienie próbujemy wypełniać uwielbieniem ludzi, przedmiotów, mody, sztuki, a później dziwimy się, że czegoś w naszym życiu ciągle brakuje. Mówi nam to cichy, delikatny i łatwo zagłuszalny w codzienności głos, który nietrudno przeoczyć. Jest to jednak głos nieustający, przychodzący do nas niespodziewanie, a może nawet niechcianie, co jakiś czas w momentach ciszy, np. krótko przed snem. Ten głos mówi nam prawdę o nas samych "Nie jesteś szczęśliwy". Lukę w naszym sercu staramy się zapełnić bohaterstwem napompowanych superbohaterów i wiarą w fałszywych zbawicieli.
Największy i na wskroś rzeczywisty Superbohater całej ludzkości urodził się 2000 lat temu w oborze w Betlejem. Jego mamą była Maria, a przybranym ojcem (czy jak kto woli opiekunem) Józef cieśla z Nazaretu. Ten człowiek nosił imię Jezus, tzn. "Bóg jest zbawieniem" albo "Bóg zbawia". W swoim późniejszym życiu był nazywany Jezusem Nazarejczykiem, bądź Jezusem z Nazaretu, bo po powrocie z Egiptu jego rodzice (matka Maria i ojczym Józef) wraz ze swoim synem, zamieszkali w małym miasteczku o nazwie Nazaret. Jezus nie był zwykłym człowiekiem. Był Synem jedynego istniejącego Boga - Jahwe, który w cudowny sposób sprawił, że Maria "zaszła w ciążę", a jej potomkiem był właśnie Jezus. W wieku 30 lat zaczął On chodzić po ówczesnej Palestynie i uczyć o Bogu i Jego miłości, podając się przy tym za Jego Syna i potwierdzając to wieloma znakami, cudami, uzdrowieniami, wypędzaniem złych duchów, a nawet pokonywaniem sił natury. Po trzech latach doprowadził tym przywódców Izraela do takiej wściekłości, że uknuli przeciw Niemu, a potem sfingowali, proces, w którym oskarżyli Go o kłamstwa i namówili swojego prokuratora Piłata, żeby skazał Jezusa z Nazaretu na śmierć. Niestety dla nich, to wszystko było już wcześniej w planach Ojca Jezusa i Jego śmierć okazała się spłatą długu za nasze grzechy, a że Bóg jest Bogiem życia to po trzech dniach Jezus zmartwychwstał. Czyż to nie jest pasjonująca historia? Czyż nie to właśnie można nazwać prawdziwym bohaterstwem? Obudźmy się więc ze snu. Wyjdźmy z bagna naszych chorych przyzwyczajeń. Jezus zabrał nasze grzechy do grobu i trzeciego dnia, zostawiając je w środku, sam z tego grobu wyszedł. Nie wchodźmy więc do niego z powrotem, żeby z całego ogromu pozostawionych tam brudów wyszukać swoje obrzydliwości i zabrać je znów ze sobą do domu.