


Aleksandra Sowa-Zduńczyk /Jezus.com.pl
Jest środek zimy, dni są szare i krótkie, temperatura i ciśnienie niskie. Kiedy wychodzę na ulicę widzę krajobraz, który nieodzownie kojarzy mi się z ogarniętą przez 100-letnią zimę Narnią. Wśród zabieganych przechodniów na próżno by wypatrywać uśmiechniętej twarzy...
Czy znacie Piotra, Zuzannę, Edmunda i Łucję Pevensie? Czy byliście kiedyś w Narnii? Zapewne większość z nas miała okazję poznać całą czwórkę i odwiedzić Narnię oglądając w kinie zrealizowane w ciągu ostatnich trzech lat filmy na podstawie cyklu powieści C. S. Lewisa. Druga część: „Opowieści z Narnii. Książę Kaspian.” była hitem kinowym zeszłej wiosny. Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja to rodzeństwo żyjące w Anglii ubiegłego wieku. Są zupełnie zwyczajni i podobni do innych dzieci. I prawdopodobnie nic o czym warto napisać nie wydarzyłoby się w ich życiu, gdyby nie najmłodsza, Łucja, która pewnego dnia odkryła w starej szafie przejście do magicznej krainy Narnii. Zabrała tam swoje rodzeństwo.
Narnia jest spełnieniem marzeń chyba wszystkich dzieci, a podejrzewam, że również dorosłych, tylko oni już zdążyli głęboko zakopać swoje marzenia. Tam wszystko jest możliwe, liczy się odwaga, szlachetność, dobroć, miłość, wierność, przebaczenie - te wartości są wyznawane przez pierwotnych mieszkańców Narnii i dzięki pomocy rodzeństwa Pevensie faktycznie znowu zakrólują w całej krainie. Co więcej nasi bohaterowie nie zwyciężają dzięki swojej sile, ale dzięki dobroci i miłości i dzięki Aslanowi. To najważniejsza osoba w Narnii. Wielki Lew, który jest wszechpotężnym władcą narnijskiego świata, a równocześnie bliskim przyjacielem jego mieszkańców.
Cóż, cała historia być może brzmi nawet trochę naiwnie i byłby kolejną zwykłą powieścią dla dzieci i młodzieży, gdyby nie jeden fakt. Lewis napisał cały cykl dla swojej chrześnicy Łucji Barfield. Chciał w ten sposób, jako ojciec chrzestny, pokazać jej świat wiary. Udało mu się to w sposób mistrzowski. To właśnie jest najpiękniejsze w Narnii - ta kraina istnieje, to świat wiary, w którym każdy z nas może przeżyć przygodę swojego życia, jeśli tylko zechce uwierzyć i zaufać Bogu. W całej Narnii jest tyle nawiązań biblijnych, alegorii odnoszących się do życia wiary i relacji z Bogiem, że można by napisać kolejnych kilka grubych tomów, gdyby chcieć je wszystkie rozwinąć. Ponieważ nie zamierzam konkurować z Lewisem, chcę zwrócić uwagę tylko na jeden wątek.
Jest początek lutego, dni są szare i krótkie, temperatura i ciśnienie niskie... Większość z nas ma już szczerze dosyć zimy (oczywiście z wyjątkiem szczególnych miłośników tej pory roku). Kiedy wychodzę na ulicę widzę krajobraz, który nieodzownie kojarzy mi się z ogarniętą przez 100-letnią zimę Narnią. Wśród zabieganych przechodniów na ulicy na próżno by wypatrywać uśmiechniętej twarzy, każdy jest zajęty swoimi sprawami, przytłoczony problemami. Gonimy czas i tęsknimy za chociażby jednym promykiem słońca, za odrobiną radości i nadziei. Aura zewnętrzna sprzyja z pewnością złemu samopoczuciu, wiszące nisko chmury często zasłaniają nam niebo... To, co chyba najbardziej nas przytłacza, to poczucie beznadziejności. Wśród mnóstwa problemów często przeceniamy swoje możliwości - wydaje nam się, że wszystko musimy sami: sami zadbać o dom, sami zarobić na utrzymanie, sami sprawić, że ktoś bliski wyzdrowieje, sami rozwiązać szkolne, zawodowe i rodzinne problemy. Liczymy tylko na własne siły! Towarzyszy nam poczucie, że przecież jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za siebie, ale i za innych, musimy sobie poradzić, mamy tyle materialnych możliwości i różnego rodzaju środków, że jakoś sobie damy radę. A jeśli już widzimy, że sobie nie radzimy, to świat się wali i zaczyna królować beznadzieja. Wszyscy są winni, a my sami najbardziej, świat jest zły, a ludzie bez serca.
Podobne poczucie towarzyszyło Piotrowi Pevensie w Narnii - jako najstarszy z rodzeństwa czuł się bardzo odpowiedzialny za nich wszystkich. Trzeba jeszcze dodać, że przejście do Narnii znaleźli w czasie pobytu na wsi, gdzie uciekli z ogarniętego wojną Londynu. A tutaj nagle znaleźli się w środku wojny o Narnię, w której Piotr ma być dowódcą. Ten kilkunastoletni chłopiec zupełnie nie zna się na wojnie i nigdy nie miał w ręku miecza. Najrozsądniej byłby wrócić po prostu do domu, ale nie jest to możliwe, bo muszą odzyskać Edmunda, który został porwany, a ponadto narnijczycy pokładają w nich wielkie nadzieje. Sytuacja jest faktycznie beznadziejna. Zupełnie nie przyszło Piotrowi do głowy, że jest ktoś, kto ma większe możliwości od niego, czuwa nad całą sytuacją i nie dopuści, by zginęli, wystarczy go tylko poprosić o pomoc. To oczywiście Aslan.
My wśród wszystkich swoich trosk też często nie myślimy o tym, że jest przecież ktoś potężniejszy, jest Bóg, Jezus Chrystus. Często nasz horyzont kończy się na naszym materialnym świecie i własnych możliwościach. Tak trudno nam użyć wyobraźni i wiary, by spojrzeć poza własne granice. TGD śpiewa: „Za horyzontem przyzwyczajeń znajdę drogę... gdzie możliwości moich kres tam Jego początek...” i to są święte słowa. Dopiero wtedy, kiedy my już nie potrafimy nic sami zrobić, Bóg ma pewną szansę, że dopuścimy Go do głosu. Tak bardzo ufamy swoim możliwością, że nie pozwalamy Bogu działać, a jeśli już prosimy Go o pomoc, to przeważnie na początku próbujemy Go wtłoczyć w nasze granice, brakuje nam ufności w Jego możliwości. A On zawsze będzie czekał na nasze zaufanie.
W drugiej części „Opowieści z Narnii” rodzeństwo Pevensie znów dostaje się do zaczarowanej krainy, tyle, że tam minęły już wieki od ich ostatniej wizyty i w tym czasie kraina została najechana przez wrogi naród, który pozabijał wielu pierwotnych mieszkańców Narnii a resztę zmusił do życia w ukryciu. Nowi władcy nie wierzą w magię tej krainy i uważają, że opowieści o dawnych czasach są mitem. Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja próbują jakoś pomóc, ale sytuacja wygląda zbyt beznadziejnie... W dodatku nigdzie nie widać Aslana. W pewnej chwili widzi go Łucja - tylko ona, bo najbardziej tego pragnie i wciąż wierzy, że Lew nie porzucił Narnii. Reszta rodzeństwa jednak jej nie wierzy, wątpią również w to, że Aslan im pomoże. Doprowadza to do wielu nieszczęść zanim w końcu zdecydują się Mu zaufać.
Niejednokrotnie tak samo jest w naszym życiu. Nie widzimy Boga i myślimy, że nas opuścił. Mamy do Niego żal, że nic nie robi, by nam pomóc. Tylko czy autentycznie Go o tę pomoc prosimy? Czy pozwalamy Mu działać tak, jak On chce, ufając, że to będzie dla nas najlepsze? Czy może raczej podchodzimy do wiary asekuracyjnie, na zasadzie „wspomagania” dla naszych własnych planów? Przestańmy w końcu wyznaczać Jezusowi granice i dokładnie wskazywać w jaki sposób ma nas uszczęśliwić. To On jest Bogiem, a nie my. Czas, byśmy wszyscy wreszcie uwierzyli, że On lepiej od nas samych nas zna. Troszczy się o nasze szczęście i chce nam je dać, ale ponieważ jest wszechmogący, to może działać w sposób dla nas zupełnie zaskakujący, który nam samym nigdy by nie przyszedł do głowy. Rozszerzmy nasze horyzonty, użyjmy wyobraźni i wiary - nasze życie z Bogiem, życie duchowe, to świat, w którym wszystko może jest możliwe. Zaufajmy z całego serca w możliwości Boga i Jego miłość, a nasze problemy i zmartwienia zobaczymy w innym świetle.
Wraz z pierwszymi wiosennymi promykami słońca pojawi się promień nadziei...