Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.
Wiara

WIARA

Wiaromierz

Max Kašparů, tłumaczenie: ks. Bogusław Jonczyk   

 

Ostatnio dostałem do rąk małą książeczkę czeskiego autora Maxa Kašparů pt. Věroměr. Autor z zawodu jest psychologiem - psychiatrą, a z serca (tzn. z powołania) jest tzw. stałym diakonem. Jak na razie taka funkcja w polskim Kościele nie jest jeszcze znana. Stali diakoni, to ludzie świeccy, najczęściej żonaci, którzy w parafiach pełnią normalne obowiązki diakona czasowego - przyszłego kapłana. Prowadzą liturgię słowa Bożego tam, gdzie brakuje kapłanów, mogą chrzcić, rozdawać Komunię św., błogosławić małżeństwa, odprowadzić zmarłych na cmentarz, głoszą homilie, katechizują, odwiedzają chorych z Najświętszym Sakramentem. W Kościele czeskim, który cierpi na chroniczny brak kapłanów, takich diakonów, którzy poza pracą zawodową pomagają w duszpasterstwie, jest ponad stu. Jednym z nich, jest właśnie Max, który na dodatek do ewangelizacji wykorzystuje swój talent pisarski.

 

Jest niemożliwością napisanie czegokolwiek, co mogłoby odpowiedzieć nam na pytanie - jak wielka jest nasza wiara. O tym z pewnością był przekonany znany w Kościele czeskim diakon Praemonstratens Max Kašparů, a mimo to napisał ciekawą książeczkę pt. Wiaromierz (Věroměr) W swobodnym, czasami być może dla niektórych czytelników wręcz prowokacyjnym stylu, opisuje autor formalizm i rutynę, w jakie często popadają katolicy na całym świecie, traktując czasem wiarę jako grę w chowanego z... Panem Bogiem.

Książeczka, którą pragniemy naszym czytelnikom przybliżyć nie jest ani podręcznikiem, ani instrukcją jak należy „sprawnie wierzyć”, nie jest też, ani nie miała absolutnie na celu zgorszenie pobożnych katolików. Wiaromierz jest raczej po to, aby w trochę nietypowy sposób obudzić „kościelnych śpiochów”, a zachęcić do jeszcze większego zaangażowania tych, którzy życie z wiary traktują chociaż trochę poważnie.

 

Szkoda, że jeszcze nikt nie skonstruował przyrządu do mierzenia miłości. Można by go było podpiąć do człowieka tak, jak się podpina elektrokardiogram, albo czegoś podobnego do zwykłego termometru, którym się mierzy temperaturę ciała człowieka. Takim przyrządem można by było zmierzyć miłość w człowieku. A po co? Zakochani byliby przynajmniej pewni, że naprawdę są kochani przez ukochanego lub ukochaną, obywatele wiedzieliby, kto ich naprawdę kocha, komu na nich naprawdę zależy i na kogo powinni głosować w następnych wyborach, nauczyciele mogliby mierzyć stopień zamiłowania ucznia do przedmiotu, który nauczają itd. Korzyści byłyby z tego ogromne! Jednak o ile z jednej strony taki przyrząd daje wielkie korzyści, to z drugiej strony byliby i tacy (a pewnie byłoby ich nie mało), którzy niszczyli by go od razu, bo taki przyrząd stałby się dla wszystkich detektorem kłamstwa! Niestety, dopóki taki przyrząd nie powstanie wielu jeszcze ludzi na świecie będzie nieszczęśliwych z powodu kłamanej miłości, miłości zawiedzionej, oszukanej, a wielu będzie mogło w swoim otoczeniu maskować wewnętrzną pustkę „dobrym wrażeniem” wiary, nadziei, miłości...

A gdyby tak istniał wiaromierz...? Nie chodzi tu o wiarę w cokolwiek, ale o wiarę chrześcijan w Boga! W niedzielny poranek ks. Proboszcz mógłby stanąć z takim przyrządem w drzwiach kościoła i mierzyłby wiarę swych owieczek. Potem wg wyników badań mógłby powiedzieć takie kazanie, które byłoby „na miarę” wiary ludzi w kościele tak, aby po kazaniu ich wiara wzrosła, a nie zmniejszyła się. A gdyby tak jeszcze dodać do tego miernik świętości, wiedziałby też jak ma postępować wobec parafian w konfesjonale!

Wielkim zaniedbaniem byłoby jednak pozostawienie takowego przyrządu bez opieki, bo jakiś dowcipniś mógłby na przykład próbować „przemierzyć” ks. proboszcza!

Wydaje mi się, że takie przyrządy w niebie mają już od dawna, a ponieważ są opatentowane Made in Niebo nigdy nie pojawią się na ziemi. Ale to i dobrze!

O wielkości wiary można dyskutować tak, jak się mówi o sile miłości, albo o wielkości odwagi w człowieku, ale ponieważ brakuje nam obiektywnych kryteriów na wiarę swoją oraz innych będziemy mieli zawsze pogląd całkowicie subiektywny. A ponieważ jest on zależny całkowicie od stanu naszej wiary, dlatego zawsze będzie w jakimś większym, lub mniejszym stopniu nieprawdziwy! I w ten sposób nasze mierzenie wiary staję się coraz bardziej zagmatwane i problematyczne...

Z pewnością jednak da się stwierdzić czy wiara jest żywa, czy martwa. Tę miarę stosował już św. Jakub Apostoł, gdy napisał w swym liście, że wiara bez uczynków jest martwa! (Jk 2,17) Tak więc, używając w praktyce wodomierzy, gazomierzy, amperomierzy itp. możemy stosować w życiu prosty WIAROMIERZ, przy pomocy którego stwierdzimy czy wiara jest żywa, martwa, czy tylko nieprzytomna!

 

Kościelny Test na wiarę dla ludu Bożego

 

Znany angielski pisarz G.B.Shaw powiedział kiedyś, że zna trzy rodzaje kłamstwa: małe, wielkie i statystyczne. Są tacy, którzy mówią, że statystyka to ścisły rachunek nieścisłych danych. Niech już to jest, co chce, a niestety nie obejdzie się w dzisiejszym świecie bez tej matematycznej dyscypliny żadna społeczność ludzka. Tak więc, statystyka zagościła na dobre już także w kościele, dlatego od czasu do czasu prowadzi się niedzielne liczenie wiernych. Zdarza się niestety tu i tam w świecie, że liczących w kościele (kościelny, ministranci + ksiądz) jest więcej niż liczonych. Potem dane ze wszystkich parafii spływają do kurii biskupiej, potem jeszcze gdzieś dalej i na koniec dowiadujemy się ilu ludzi chodzi do kościoła oraz jaki to jest procent wszystkich mieszkańców kraju.

W jednym z morawskich miast studenci socjologii religii postanowili przeprowadzić badania w terenie i wychodzącym z kościoła po Mszy św. wiernym zadawali 2 pytania:

z której Ewangelii był dzisiejszy fragment?

o czym była dzisiejsza Ewangelia?

Ankietowanych było 50 wiernych:

7 wiedziało o co chodziło w tekście Ewangelii. Pozostali swoją niewiedzę starali się zatuszować wymownością lub tłumaczyli się zamyśleniem albo zamodleniem w czasie, gdy kapłan odczytywał słowa Ewangelii św.

z drugim pytaniem było jeszcze gorzej. Z 50 ankietowanych imię ewangelisty - autora odczytanego fragmentu zapamiętał tylko 1 !!! Zresztą nie wiadomo czy strzelił, czy wiedział, koniec końców prawdopodobieństwo trafienia było dosyć duże - 4:1

Kiedy jeden z owych studentów opowiadał mi o rezultatach ich ankiety, postanowiłem sam siebie przebadać, a także zaproponować wam, czytelnikom, przejrzenie się w lustrze. Przejrzyjcie się w nim, a potem spróbujcie odnaleźć swoje podobieństwo w jednej z niżej podanych kategorii wiernych:

 

OBECNI albo CHADZACZE (od słowa „chodzić”)

 

Jest to niezliczona grupa kościelnych „gości”. Każdej niedzieli wstępują do wnętrza kościoła. W większości mają „swoje stałe” miejsce i z prawdziwym niesmakiem spoglądają na kogoś, kto ośmielił się je wcześniej zająć!!! Jednak większość obecnych ma swoje ulubione miejsce - w drzwiach kościoła. Im dalej od ołtarza, tym lepiej! O ile wejście do kościoła jest dokładnie naprzeciw głównego ołtarza zostają przy samych drzwiach bezustannie potrącani przez wchodzących do kościoła, a z zewnątrz robią wrażenie jakby kościół był „nabity” do granic wytrzymałości i nikt już tam się nie może dostać, przy czym w kościele jest pełno wolnych miejsc siedzących.

Obecni wprawdzie latami regularnie chodzą do kościoła, ale praktycznie wcale nie przystępują do sakramentów św., chociaż nie mają żadnej ku temu przeszkody. Im wystarczy „ich miejsce” w kościele, niczego więcej nie potrzebują! Są po prostu „skromni”, a tą skromność poczytują sobie za cnotę - przecież nie jestem jakimś fanatykiem!

Za to zawsze w Popielec przyjmują popiół, a w wielką sobotę obowiązkowo wędrują z koszyczkiem do kościoła na „święconkę”. Ciekawe byłoby statystyczne porównanie ilu ludzi przyjmuje w niedzielę Najświętsze Ciało Zbawiciela, a ilu ludzi przyjmuje w popielec zwykły popiół?! Na popiołkowanie idą wszyscy!!! Chyba jedynym tego wytłumaczeniem jest fakt, że przed Komunią św. trzeba się wyspowiadać, a to wiąże się także z nieuniknioną koniecznością poprawy życia (przynajmniej obiecaną, ale z drugiej strony, po co w ogóle obiecywać coś, czego nie chcę dotrzymać?). Ciekawe jest również to, że ci, którzy raz do roku przychodzą do kościoła właśnie na Popielec, mają całkowicie spokojne sumienie. Są przekonani o swoim „porządnym katolicyzmie”, bo przez przyjęcie popiołu ukoili się przed Panem Bogiem za swoje malutkie grzeszki i to Mu powinno w zupełności wystarczyć!!!

Pewien ksiądz opowiadał, że podczas obrzędu posypywania popiołem pewna kobieta otwarła szeroko przed nim usta i wystawiła język. Z psychologicznego punktu widzenia był to gest nad wyraz wymowny!

Wracając do obecnych, gdy na koniec usłyszą długo oczekiwane, a wypowiedziane przez kapłana zdanie: Idźcie w pokoju Chrystusa, mogą najszybciej wykonać polecenie sługi Bożego, bo przecież stoją w samych drzwiach i pierwsi są na zewnątrz dusznego kościoła. I znowu jedna Msza zaliczona! A co w parafii się dzieje to ich wcale nie interesuje. Są tylko niedzielnymi gośćmi kościoła.

Z grupą obecnych mam osobiste doświadczenia. Kiedyś w czasie Mszy św. miałem odczytać Ewangelię św. W kościele poza trzema babuniami w ławkach, była spora grupa obecnych podpierających tylne ściany świątyni i blokujących główne wejście. Ponieważ nagłośnienie było zepsute i z całą pewnością nie usłyszeliby słowa życia wiecznego, podszedłem z Ewangeliarzem do tyłu kościoła i stojąc na wysokości ostatniej ławki odczytałem im głośno słowa Ewangelii - Dobrej Nowiny. Wiem, że naruszyłem liturgiczne przepisy, ale zwiastowałem Dobrą Nowinę ludziom, a nie pustym ławkom kościoła. Jednocześnie zauważyłem na twarzach obecnych ogromny niepokój, zakłopotanie i wręcz przestrach! Pamiętam doskonale, że do Komunii św. przystąpiły wtedy tylko te trzy babunie. Dla tamtych Dobra Nowina okazała się za mało dobra.

Domyślam się, że wy, którzy to czytacie, do grupy obecnych nie należycie, dlatego że obecni z reguły stronią od jakiejkolwiek „kościelnej” literatury. Tak, że im konfrontacja z tym testem nie grozi!

 

OBOWIĄZKOWI albo WYPEŁNIACZE (od słowa „wypełniać” obowiązki)

 

Wypełnianie obowiązków musi być tam, gdzie brakuje miłości!

O ile rodzicom zabraknie miłości do dzieci i nie poświęcają im należytej uwagi, wtedy potrzebne jest jakieś prawo, jakieś zasady, które będą pilnować porządku w domu, będą chronić dzieci przed złem i wyznaczą rodzinne obowiązki.

Kiedy zabraknie miłości między małżonkami, wtedy zostają im jeszcze tylko wspólne obowiązki małżeńskie.

Kiedy zaś wygaśnie już osobisty związek chrześcijanina z Chrystusem, wtedy jeszcze pozostaje wypełnianie religijnych obowiązków. Te obowiązki są ściśle określone w przykazaniach kościelnych. To jest to minimum, na które jeszcze obowiązkowych stać! Raz w roku się wyspowiadać i przyjąć Komunię św. Do tego jeszcze przyjąć księdza po kolędzie, pochrzcić dzieci, I Komunia, ślub i pogrzeb. Wszystko sprawnie wypełnione!

Obowiązkowi od obecnych różnią się tym, że chociaż raz do roku swe powinności sakramentalne wypełniają. Domyślam się, że również im kontakt z tym testem nie grozi.

PASTUSZKI

 

Katolik do katolika: dziwię ci się bracie, że w każdą niedzielę chodzisz do kościoła, przecież tam jest tak nudno, ciągle tylko śpiewają kolędy!

Jak to kolędy? - dziwi się katolik. Kiedy ty byłeś ostatnio w kościele?

Zawsze jestem na pasterce! - odpowiada Katolik.

Hałaśliwy tłum bardziej, czy mniej „winnych” (od słowa wino!) pastuszków każdego roku zmierza do najbliższego kościoła na pasterkę, aby dopełnić sentymentalnych tradycji obchodów brzuchopełnych świąt prezentogwiazdkowych. Dalszy powód do tego, aby potem przez cały rok mogli się chlubić swym chrześcijaństwem, a na dodatek potrafią zaśpiewać: na kolana wół i osioł przed Nim padają!!!

 

GOŁĄBKI albo BALKONOWCY - samo przez się zrozumiałe

 

Mniej czy więcej liczna grupa ludu kościelnego, któremu już dawno nie wystarcza przyziemna wiara tych z głównej nawy kościoła, dlatego każdej niedzieli wstępują na wyżyny, by być bliżej niebios.

Gołąbki w większości oparte o balustradę podziwiają z lotu ptaka równiutkie rzędy siedzących w ławkach na dole, jakby chcieli z politowaniem powiedzieć: co wy tam na dole widzicie biedacy? Są to przeważnie wzrokowcy, bo wprawdzie nie słyszą za bardzo, o czym w kościele jest mowa, ale doskonale wiedzą, kogo na Mszy nie ma!

Od obecnych różnią się jedynie tym, że Mszę św. spędzają na wysokości nadmorskiej budki ratowniczej.

Pewien proboszcz, który w kościele zawsze miał pełne balkony, a puste ławki, chcąc to zmienić, pewnej niedzieli zamknął wejścia na balkony. Pomylił się jednak myśląc, że gołąbki usiądą w pustych ławkach. Poszli do domu.

 

KOLARZE, vel WÓZKARZE (od słów „koło” „wózek”)

 

Jest to grupa „takżewierzących”, którzy praktycznie do kościoła w ogóle nie chodzą, bo..... jeżdżą!

Kontakt z kościołem mają tylko kilka razy w życiu i to zawsze na kółkach:

do chrztu - w wózku

do I Komunii - w trochę większym wózku z silnikiem

do ślubu - najlepiej w karecie

na pogrzeb - w karawanie

Kolarze oraz ich rodziny żyją w nieuleczalnie błędnym przekonaniu, że są „prawdziwymi Katolikami”! Pewna kobieta z tej grupy powiedziała mi niedawno: jesteśmy głęboko wierzącą rodziną, w zeszłym roku pogrzebaliśmy dziadka z proboszczem!!! Byś może obu złożyli do grobu, ale tego mi ta kobieta nie wyjaśniła.

 

SWOBODNI (od słowa „wolność”)

 

Są to w większości „przekonani ateiści” lub jak sami wolą agnostycy - praktycznie niewierzący, wolni od Boga i Kościoła. Kościół przecież ogranicza wolność myślenia rozumnych ludzi. Dlatego z Kościołem nie chcą mieć nic wspólnego z zasady! Jednakowoż w pewnych warunkach tu i tam chętnie tę zasadę swobodnie naruszają. Stąd ich nazwa.

Na przykład, gdy pada deszcz, a jedynym schronieniem przed nim jest otwarty kościół, wtedy chętnie się w jego wnętrzu chronią, albo będąc na wakacjach nie opuszczą okazji, aby podziwiać piękne średniowieczne katedry, czy bazyliki wybudowane na chwałę Bożą.

Ta zasada jest również bardzo luźna, gdy przypadkiem zostają poproszeni o bycie chrzestnym dla dziecka znajomych kolarzy. Wtedy w kościele przed księdzem wyrzekają się wszystkiego, czego się trzeba wyrzec, obiecują wszystko, co trzeba obiecać, ale przede wszystkim wyznają głęboką wiarę we wszystko, w co się wierzyć powinno!!! Oni po prostu doskonale wiedzą, jak się przed księdzem trzeba zachować!!!

A to samo powinien w takich przypadkach wiedzieć i ten ksiądz!!!

 

KATOLICY - nazwa sama przez się zrozumiała

 

Spośród wszystkich przychodzących do kościoła pozostaje jeszcze grupa tych, którzy uczciwie, mimo upadków na drodze idą za Jezusem wznoszącym nad nimi krzyż! Szukają we wszystkim woli Bożej i nie tylko wierzą w Boga, ale przede wszystkim wierzą Bogu!!!

Cierpią i radują się razem z całą wspólnotą Kościoła, chcą coraz więcej o swej wierze wiedzieć, wzrastać w niej i wytrwać w niej do końca swoich dni! Kochają Kościół z całą jego siłą i słabością!

Ponieważ to wszystko nie jest łatwe ani proste - wierzą! A w tej wierze i poczuciu obecności Boga pośród nich jest ich siła i radość!!!

 

Jeżeli odnalazłeś odbicie swoich przekonań i wiary w jednej z grup 1-6 to wiedz, że o ile Twoja wiara nie przechodzi jakiejś ciężkiej martwicy, to do grobu już wiele jej nie brakuje!

Ale oznaki, jeszcze nie oznaczają śmierci!!! Nadzieja jest wielka!!!

Droga do ożywienia Twojej wiary wiedzie przez ukochanie Jezusa Chrystusa i przyjęcie Go jako Twego Pana i Zbawiciela! Nie bój się otworzyć swego serca Chrystusowi!

Jeżeli odnalazłeś swoje odbicie w grupie 7 to wytrwaj! Warto!!!

Przede wszystkim nawzajem się we wierze podtrzymujcie i miłujcie się!!! Kochaj także tych z grup 1-6!!! Chrystus kocha ich na pewno! Dziel się z innymi nadzieją, którą masz od Boga.

Bądź zdrowo pokorny, naturalnie radosny i dobry!!!

Siłę do wiary czerp z modlitwy i sakramentów św.!!!