


Gosia Pabijan
Miałam ogromną przyjemność spędzić tegoroczne wakacje w Anglii, a ściślej mówiąc w Walii, w małym miasteczku o nazwie Saint Dogmaels (lub jak ktoś woli po walijsku - Llandudoch ), niedaleko Cardigan.
Przepiękna okolica, zapierające dech w piersiach zachody słońca na klifach, niezwykle mili i uśmiechnięci ludzie oraz wielka dobroć, jakiej tam doświadczyłam – to rzeczy, które na zawsze zostaną w mojej pamięci. Po prostu wakacje jak z bajki - niestety obcojęzycznej.
I właśnie w tej bajecznej krainie malutkich domków i samochodów jeżdżących po lewej stronie drogi, wśród wielu przeróżnych protestanckich zborów i kościołów stoi jeden niewielki, ale za to tętniący życiem kościół katolicki, w którym miałam okazję się modlić, i o którym chciałabym Wam opowiedzieć kilka słów.
Pierwsza Msza zrobiła na mnie bardzo wielkie wrażenia. Po pierwsze wchodząc dostałam czterostronicową, kolorową gazetkę „Our Faith on Sunday” (czyli: „Nasza niedzielna wiara”), w której znalazłam m.in. teksty czytań - co mnie osobiście bardzo pomogło, ponieważ lepiej mi idzie czytanie po angielsku niż rozumienie ze słuchu?
W gazetce znajdowały się również inne ciekawe artykuły np. krótka refleksja do Ewangelii oraz liczne ogłoszenia, podziękowania, prośby o modlitwę a nawet powitanie nowego księdza, który w okresie wakacyjnym zastępował tamtejszego kapłana. Takie gazetki rozdawane były w każdą niedzielę.
Oprócz gazetki wręczono mi zalaminowaną (żeby się nie zniszczyła od częstego używania) książeczkę, w której znalazłam wszystkie teksty modlitw odmawianych w czasie Mszy św. Kolejne ułatwienie dla obcokrajowca, który niekoniecznie musi znać tekst hymnu „Chwała na wysokości Bogu” po angielsku ? (miałabym nawet problem wyrecytować go z pamięci po polsku). Również samym Anglikom te teksty ułatwiały przeżywanie Eucharystii – była to autentyczna wspólnotowa modlitwa. (może zatem takie zalaminowane książeczki to dobry pomysł także i u nas).
Kolejnym miłym zaskoczeniem był śpiew. W ławkach znajdowały się śpiewniki, a na ścianie, na specjalnie przygotowanej „gazetce”, numery pieśni przewidzianych na Eucharystię. I oto kiedy zabrzmiały pierwsze organowe dźwięki nagle... wszyscy otwarli śpiewniki i zaczęli śpiewać. Wszyscy!!! To był prawdziwy wspólny śpiew. I tak było w czasie całej Mszy św. a na koniec nikt nie wyszedł z Kościoła, ani nawet nie usiadł, aż nie wybrzmiały ostatnie nuty pieśni na zakończenie.
Wiem, że w wielu kościołach w Polsce wygląda podobnie. Ja niestety wychowałam się w parafii, w której wspólny śpiew polegał na nieudolnym występie solowym wiekowego Pana Organisty. Może dlatego ten element był dla mnie tak wielkim i miłym zaskoczeniem.
Z tyłu kościoła na specjalnej półce znajdował się cały zestaw bardzo przydatnych ulotek i broszurek. Za symboliczne 10 pensów (to tak jakby u nas za 10 groszy) można było nabyć sobie małą, podręczną ulotkę zawierającą np. główne modlitwy lub „instrukcję” jak odmawiać różaniec lub też jak się przygotować do spowiedzi.
Ksiądz odprawiający Mszę św. po jej zakończeniu nie uciekał do swoich prywatnych spraw, ale przy wyjściu z kościoła z uśmiechem witał się z parafianami, rozmawiał, dziękował za wspólną modlitwę. Potrafił nawet powiedzieć kilka słów po polsku, co było niezwykle miłe.
Parafianie również nie uciekali od razu po Mszy do swoich domów, ale udawali się do salki obok kościoła na wspólną kawę, herbatę a przede wszystkim rozmowę!!! Tam okazało się, że nie tylko ja jestem z Polski? Takie spotkanko trwało około 30-40 minut i uważam że jest doskonałym sposobem na zawiązanie wspólnoty. Był też sklepik parafialny.
Kościół katolicki w Anglii jest w zdecydowanej mniejszości i może to jest powodem tego, że autentycznie dba o swoich członków. A może po prostu poważnie potraktował wezwanie Ojca św. Jana Pawła II do Nowej Ewangelizacji. Jak już pisałam, zdaję sobie sprawę z tego, że w Polsce jest również wiele parafii, które to wezwanie realizują i jest wielu wspaniałych kapłanów, którzy z uśmiechem i otwartością wychodzą do swoich parafian. Niestety jest ich ciągle za mało.
Czasem mam wrażenie, że kościół katolicki w Polsce idzie na ilość a nie na jakość, liczy się liczba ludzi w kościele a nie ich serca. Mówię to z własnego doświadczenia, w parafii w której się wychowałam grzmi się z ambony o obowiązku (ja osobiście bardzo nie lubię tego słowa) chodzenia do kościoła, modlitwy, spowiedzi itd., ale nie tłumaczy się ludziom: „dlaczego...?”.
Słyszy się ambitne kazania, których czasem nawet ja, absolwentka teologii nie rozumiem, a nie wyjaśnia się podstawowych prawd wiary. Traktuje się ludzi w kościele bardzo masowo zamiast podejść do nich indywidualnie. I może to jest powodem, że wielu przychodzi na Mszę św. jak widzowie na spektakl w teatrze – obserwują, ale nie biorą udziału. Dlatego uważam, że możemy się bardzo wiele nauczyć od tego małego, niepozornego angielskiego kościoła.