


ks. Krzysztof Wons SDS
Święci byli ludźmi, jak my, z prochu ziemi. Przyszli na świat z grzechem pierworodnym, ze skłonnością do słabości. Osiągnęli wielkie cnoty bo współpracowali z łaską, przekraczając swoje złe skłonności z miłości dla Boga i bliźnich. Świętość była uwieńczeniem ich życia, nagrodą za uciążliwą walkę.
Święci “nie z tej ziemi”?
Często wyobrażamy sobie świętych jako ludzi „nie z tej ziemi”. Jakby rodzili się i żyli od razu w niebie; jakby zamiast po ziemi, chodzili w obłokach. Być może takie wrażenie odnosimy, gdy patrzymy na niektóre obrazki z podobiznami świętych. Niestety, święci, zwłaszcza w przeszłości, wychodzili na obrazkach kiepsko, nie z własnej winy oczywiście: twarz uśmiechnięta i słodka, daleka od wszelkich zmartwień, głowa skrzywiona na bok na znak uległości i pokory, oczy zapatrzone w niebo. Autorzy tych podobizn mieli z pewnością dobre intencje. Prawdopodobnie chcieli wyrazić ich stan ducha: wolność od przyziemnych trosk, wewnętrzny pokój, czyste serce, rozmodlenie, radość ze zjednoczenia z Bogiem. Efekt jednak jest taki, że „lukrowane” portrety świętych z jednej strony budzą w nas podziw... ale z drugiej przekonanie, że nasze życie nigdy takie nie będzie. Święci z obrazka są godni podziwu lecz nie do naśladowania. Widzimy w nich wybrańców i słodkich szczęśliwców. My natomiast, zwykli zjadacze chleba, jesteśmy zupełnie inni. Nasza twarz nie potrafi być ciągle uśmiechnięta (nawet nas taka drażni), głowy nie wykrzywiamy na bok, bo życie jest twarde i każe nam trzymać ją prosto, oczy zaś mocno utkwione w ziemi, po której trzeba stąpać twardo prosząc Boga: „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy”. W taki oto sposób rodzi się fałszywe przekonanie, że świętość nie jest dla nas, i że święci to wzór piękny ale nieosiągalny. Tymczasem święci byli ludźmi, jak my, z prochu ziemi. Przyszli na świat z grzechem pierworodnym, ze skłonnością do słabości, zmagali się z trudnymi cechami swego charakteru, z własnymi ograniczeniami, z gwałtowną namiętnością ciała i egoizmem zakorzenionym w każdej tkance organizmu. Osiągnęli wielkie cnoty, bo wielkie były pokusy, z którymi się zmagali, poznali piekło ludzkiej nędzy, dramat grzechu, nieraz nawet desperacji i negacji Boga. Nie dlatego więc zostali świętymi, że byli bez słabości i grzechu, ale dlatego, że pomimo swej słabości i grzechu z heroicznym poświęceniem współpracowali z łaską, przekraczając swoje złe skłonności z miłości dla Boga i bliźnich. Świętość była uwieńczeniem ich życia, nagrodą za uciążliwą walkę. Przypomina o tym nowy Katechizm Kościoła Katolickiego: „Nie ma świętości bez wyrzeczenia i bez walki duchowej”. Wystarczy wspomnieć św. Teresę z Lisieux, która do ostatnich chwil przeżywała pokusy przeciw wierze i gehennę duchowego opuszczenia.
Świętość nie jest luksusem
Święci żyją w niebie i na ziemi także. Są obecni pośród nas. Mąż błogosławionej Giovanny Molla, włoskiej lekarki, która oddała życie by urodzić czwarte dziecko, powiedział: „Dopiero po śmierci żony, zrozumiałem, że żyłem ze świętą pod jednym dachem”. Matka Teresa z Kalkuty, zapytana przez dziennikarza co sądzi o tym, że wielu uważa ją za świętą, odpowiedziała z naturalną sobie prostotą: Być świętym - cóż w tym niezwykłego. Świętość nie jest luksusem, świętość jest dla wszystkich”. My sami przecież spotykamy ludzi, którzy niejednokrotnie zaskakują nas głęboką wiarą, poświęceniem, wrażliwością serca i wewnętrznym pokojem. Emanują Bogiem. Jesteśmy wtedy pod ich wrażeniem i spontanicznie stwierdzamy: „ten człowiek żyje jak święty”. Nieraz są to ludzie bardzo zwyczajni i niepozorni, młodzi i starsi wiekiem, żyjący w świecie lub w murach klasztorów. Nie zapomnę pięcioletniej Klaudii. Przyjechałem kiedyś do niej na osobiste zaproszenie. Uśmiechała się, była pełna życia, a przecież nieuleczalnie chora. Złośliwy rak zżerał jej śliczny policzek. Nie spała po nocach; potrafiła wtedy zrobić sobie sama opatrunek - cicho i na palcach, by nie zbudzić mamy wstającej wcześnie rano do pracy. Miała sześć lat, gdy zmarła... Nie zapomnę też siostry Rosetty i jej twarzy na krótko przed śmiercią. Była wycieńczona, trzydziestoletnią letnią chorobą, ale oczy pozostały młode i czyste. Ilekroć wychodziłem z jej pokoju żegnała mnie przyciszonym i pogodnym głosem: „Gdy będzie ojciec odprawiał Mszę św. niech nie zapomni o mnie. Wlewając wino do kielicha, proszę jedną kroplę wlać w moim imieniu”. W klasztorze współsiostry mówiły, że patrzeć nie mogą jak cierpi i że to jest święta... Przykłady można by mnożyć. Ileż matek, ojców, kapłanów, młodych i starszych ludzi umieścilibyśmy w naszej osobistej litanii „niekanonizowanych świętych”. Być może nigdy nie będą wyniesieni na ołtarze, nikt nie napisze o nich książki, nie wydrukują obrazków z ich podobiznami. Mogą się jednak cieszyć z najważniejszego, że ich nieznane na ziemi imiona, zapisane są w niebie.
Świętość dla wszystkich
Świętość nie jest dla wybranych. Nie jest luksusem, na który mogą sobie pozwolić tylko niektórzy. „Wszyscy chrześcijanie jakiegokolwiek stanu i zawodu powołani są do pełni życia chrześcijańskiego i do doskonałości miłości” (Lumen Gentium, 40). To powołanie otrzymaliśmy na Chrzcie świętym. Istnieje dzisiaj konieczność ponownego odkrycia Chrztu, mówi Jan Paweł II i rozbudzenia w każdym wierzącym prawdziwej tęsknoty za świętością, za zjednoczeniem z Bogiem. Papież przypomina ochrzczonym słowa św. Pawła: „Wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa” (Ga 3,27). Bóg Ojciec, mocą Ducha Świętego, zanurzył nas w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa i tak nas zespolił ze sobą, Jedynym Świętym, że niespokojne jest nasze serce dopóki w Nim nie spocznie. Tę tęsknotę za Bogiem można jednak w sobie zaniedbać i zagłuszyć. Dlatego trzeba iść za radą św. Cypriana: „Natchnieni słowami 'Bądźcie święci, bo Ja Świętym jestem' (Kpł. 20,26), prosimy, abyśmy - uświęceni przez chrzest - wytrwali w tym, czym zaczęliśmy być. Prosimy o to codziennie, bo codziennie popełniamy grzechy i powinniśmy zmywać nasze przewinienia przez nieustannie podejmowane uświęcanie... Uciekamy się więc do modlitwy, by ta świętość w nas trwała”.
Odrzucać pokusę „świętego spokoju”
Co oznacza dla nas „trwanie w świętości”? Oznacza nieustanne nawracanie się do Boga. Oznacza kroczenie drogą przykazań i Ewangelii, która nierzadko domaga się „więcej”, domaga się wyrzeczenia i poświęcenia dla innych. Trwać w świętości oznacza także zgodę na Krzyż i na świadectwo chrześcijańskiego życia. Zakłada wreszcie narażanie się na obelgi tych, którzy nie rozumieją naszej wierności Jezusowi i nazywają nas „świętoszkami” i „ciemnogrodem”. To będzie wymagało od nas przekraczania lęku o siebie, egoistycznych skłonności i namiętności ciała. Będzie to nieraz zmaganie się ze słabością aż do granic własnej nędzy i bezradności. Taka droga zakłada wzloty i upadki. Byłoby z naszej strony oznaką naiwności i brakiem znajomości siebie, gdybyśmy nasze zdążanie do świętości wyobrażali sobie jako życie beztroskie, łatwe i pozbawione napięć. Tak zwany „święty spokój” nie ma nic wspólnego ze świętością. Świętość jest bojowaniem. Bóg jednak z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra (Rz 8,28). Prośmy Go często, zwłaszcza gdy kusi przeciętność, aby rozbudzał w nas tęsknotę za świętością.