Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.
Wiara

WIARA

Oto siewca wyszedł siać... albo dlaczego warto się nie zniechęcać

Michał Nolywajka

 

Jakieś dwa lata temu polecieliśmy z żoną na Rodos. Jeśli ktoś Wam kiedykolwiek zaproponuje taką podróż, nie wahajcie się ani chwili. Cudowna wyspa, wręcz niebiańsko błękitne morze, przeciekawe zabytki no i grecka kuchnia. Słowem, idealne wakacje!

 

W niedzielę zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy na poszukiwanie katolickiego kościoła, o który w grecko-katolickiej Grecji nie jest wcale tak łatwo. Jednak dla pary wariatów, która wzięła ślub w Asyżu tego typu problem nie stanowi większej trudności. Po kilkunastu minutach jazdy autobusem stanęliśmy przed drzwiami kościoła pw. św. Franciszka z Asyżu. W nieco mrocznym wnętrzu świątyni siedziało już kilka osób, ale frekwencja mogła zasmucać. Dopiero na kilka minut przed rozpoczęciem Mszy Świętej dotarli turyści a na sam koniec pojawił się ksiądz o twarzy potomka Inków.

 

Samo sprawowanie liturgii nie było przeżyciem porywającym, jednak moją uwagę przyciągnęła Filipinka grająca na gitarze w pierwszej ławce starająca się prowadzić śpiew. W Polsce złośliwi pewnie poradziliby jej, że skoro chce grać, to niech lepiej się nauczy, ale wykonanie „Barki” w mieszaninie greckiego i angielskiego to coś, co warto usłyszeć na własne uszy. Poza tym dziewczyna miała tak sympatyczny wyraz twarzy, że nie sposób było nie śpiewać razem z nią. Sporo osób przystąpiło do komunii. Znowu poczułem, że jestem w domu.

 

To, co nastąpiło potem dość dobrze zrozumieją ci, którzy oglądali „Moje wielkie greckie wesele”. Podczas ogłoszeń ksiądz zaprosił wszystkich na urodzinowy tort męża Angeli do salki parafialnej. Hm, czemu nie, jak zapraszają…

 

Nagle koło nas stało się głośno jak w ulu. Salka wręcz chodziła w posadach. Panie plotkowały z prędkością światła, panowie z pasją coś komentowali, rozdawano tort i częstowano kawą, dzieci zachwycone możliwością niedzielnego szaleństwa sprawdzały, jak daleko da się zajechać na wyfroterowanej podłodze wyjątkowo efektownym ślizgiem…  Tylko my siedzieliśmy jak mityczne słupy stanowiące nogi kolosa, który podobno kiedyś stał w pobliskim porcie. Żona jak to żona, zaczęła pierwsza. Wiele się nie zastanawiając zagadała do sympatycznej pani z lewej strony i zaczęło się. Sto pytań do, skąd jesteśmy, jak się nazywamy, czy nam się podoba, ile jeszcze zostaniemy, jak tam u nas w Polsce z pogodą, czy lubimy pływać, czy hotel dobry, czy już widzieliśmy, czy pojedziemy, czy już wiemy...

 

Okazało się, że sympatyczna wspólnota parafialna to zbieranina ludzi z całej Europy. Jedynym Grekiem był szacowny solenizant, który o dziwo siedział sobie grzecznie w kąciku i zjadał grzecznie swój kawałek tortu. Jego żona Angela przyjechała tutaj z Niemiec, nasza rozmówczyni Sindy była Angielką i uczyła na wyspie języka, Filipinka musiała wyjechać, by zarobić na życie swojej licznej rodziny w Manilii, a ksiądz faktycznie pochodził z Peru. Wszyscy byli bardzo mili i radośni, tak widocznie działa mieszanka tortu, dobrej kawy z plastikowych kubeczków, nowych twarzy i niedzielnego, pomszalnego nastroju. Pod koniec rozmowy zaproponowano nam odwiedziny na spotkaniu małego kręgu biblijnego. Mąż Angeli zaoferował podwiezienie z hotelu do domu Sindy. Gdy Basia powiedziała mu, że kiedyś była na Peloponezie, miałem wrażenie, że jest gotów wozić nas do końca życia i jeszcze jeden tydzień w promocji.

 

W umówiony dzień dotarliśmy do bardzo przytulnego mieszkania, w którym czekały już trzy osoby. Człowiek, prowadzący grupę nie był katolikiem, ale jak nam powiedziano, często odwiedzał kościół i chętnie uczestniczył w modlitwach a nawet Eucharystii. Dzielenie się było bardzo owocne i interesujące. Uczestnicy spotkania mieli szczęście czytać tekst pawłowego listu do Koryntian po angielsku i grecku! Wytłumaczyli nam niuanse tekstu greckiego, który potem mogliśmy porównać z przekładem angielskim a nawet, z racji naszej znajomości Biblii, polskim.

 

Pod koniec wspólnie się pomodliliśmy oddając owoce spotkania Jezusowi. Angela opowiedziała nam trochę o swoim nawróceniu i życiu z Panem. Wyznała, że częste problemy nie przerażają jej tak bardzo, gdy stara się je oddać w zaufaniu. Od razu zaczęliśmy jej opowiadać od Łagiewnikach, siostrze Faustynie, orędziu Bożego Miłosierdzia i naszej drodze nawrócenia. Rozstawaliśmy się w radości i pokoju będąc wdzięczni za taki wspaniały dar spotkania. Wymieniliśmy adresy obiecując, że do siebie napiszemy.

Chyba wiecie, jak trudno dotrzymać takiego słowa! Młyn codzienności poszedł w ruch zaraz po powrocie i adres Angeli powędrował gdzieś na dno naszej wielofunkcyjnej szuflady. Aż do dnia wyboru kardynała Ratzingera na nowego papieża. Byłem tak uradowany, że instynktownie chciałem pogratulować jakiemuś przedstawicielowi narodu zza zachodniej granicy. Przypomniałem sobie Angelę i naszą niespełnioną obietnicę. Postanowiłem naprawić zaniedbanie, kupiłem w Łagiewnikach książkę o Bożym Miłosierdziu w języku niemieckim, wysłałem na Rodos i… nic. Cisza. Zero odzewu. Pomyślałem, że nie doszło…

 

Aż do wczoraj. W skrzynce pocztowej znalazłem tę oto kartkę z Grecji.

 

 

Czemu o tym wszystkim piszę? Bo Jezus pokazał mi, że raz zasiane dobro już nigdy się nie zgubi, nie zawieruszy, nie zmarnuje. On, Siewca, nie pozwoli, by dobre ziarno zostało zduszone przez ciernie. Czasami nie widzimy owoców naszego dobrego postępowania, żebyśmy czasami nie popadli pychę, ale możemy być pewni, że nasze dobre słowo, czyn, modlitwa, nawet intencja czy zamiar niesie z sobą Jego błogosławieństwo.

 

 

Panie Jezu, dziękuję Ci za Twoje Miłosierdzie, które nie zna granic. Dziękuję ze dobro, które pozwalasz nam czynić bez jakiejkolwiek naszej zasługi. Dziękuję za wdzięczność ludzi i sposobność do dawania świadectwa. Proszę, udziel nam Twojego Ducha, byśmy mogli być skutecznymi kanałami Twoje łaski dla sióstr i braci. Amen.