


Bogdan Bogusławski
Przyglądając się wydarzeniom ostatnich tygodni, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coraz bardziej odrzucamy od siebie krzyż. Jezus w Ewangelii mówi "kto chce pójść za Mną, niech weźmie swój krzyż, niech się zaprze samego siebie i niech Mnie naśladuje" (Mt 16,24), tymczasem wydaje się, że ważniejsza od zbawienia (do którego idzie się przecież właśnie przez krzyż) jest wygoda i "święty spokój".
Zaczął się pewien medialny szum wokół sprawy krzyży w miejscach publicznych. Sprawa bierze początek od wyroku Trybunału w Strasburgu, który orzekł, że pewna szkoła we Włoszech powinna zdjąć krzyże z sal klasowych, gdyż dwoje dzieci pewnej kobiety (która raz po raz przegrywał o to rozprawy w sądach Włoskich i w końcu odwołała się do Strasburga) czuje się przez to dyskryminowanych. Inną sprawą jest coraz głośniejsza sprawa ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, w której to posłowie głównej partii rządzącej wspomagani przez lewicowców mieliby wprowadzić prawo, na mocy którego rodzice nie będą mogli w żaden sposób skrytykować swoich dzieci (np. jeśli chodzi o wczesną inicjację seksualną) czy publicznie upomnieć (np. że używa wulgarnych słów), gdyż mógłby zostać złożony na nich (rodziców) donos do odpowiedniej instytucji, która to z kolei mogłaby bez wyroku sądu odebrać dzieci rodzinie bez większych uzasadnień. Te dwie sprawy pokazują mi pewną prawdę, że krzyż czyli doświadczenia, które powinny nas przybliżać do Boga, a wręcz upodabniać do Niego (Jezus Chrystus niosący krzyż i umierający na nim) jest usuwany z naszego i naszych dzieci życia, pod płaszczykiem neutralizowania zła, przemocy, nietolerancyjności i cierpienia.
Chciałbym, żebyśmy wszyscy jasno zauważyli to potworne odrealnienie wtłaczane w nas przez górnolotne wypowiedzi polityków, publicystów, i innych wykształconych, mądrych głów. Nasza codzienność to niezapłacone rachunki z powodu braku pieniędzy, trudno nieraz żyć nawet z miesiąca na miesiąc. Nasza codzienność to długie kolejki do lekarzy specjalistów albo kolejne paradoksalne zapisy zabraniające ludziom ciężko chorym otrzymania niezbędnej pomocy. Nasza rzeczywistość to alkoholizm w rodzinach i brak umiejętności wychowania najmłodszego pokolenia, a to przecież od nich będzie zależała przyszłość naszego kraju. Nie mówiąc już o osobistych cierpieniach konkretnych rodzin, konkretnych osób. To jest właśnie krzyż, to są nasze cierpienia, przez które stajemy się podobnymi do naszego Boga Zbawiciela Jezusa Chrystusa. W których jednak najbardziej popularnych mediach usłyszymy o tym, że pokonywanie trudności to nasze życiowe zadanie, w którym Bóg nam chce pomagać, bo sam wie co to znaczy przez nie przechodzić? Nie chcę powiedzieć, że nie mamy rozwiązywać problemów. Chodzi jednak o to, żeby nie miotać się panicznie odrzucając wszystko to co trudne tłumacząc się lenistwem, wygodnictwem i brakiem silnego charakteru.
Prawda o tym, że cierpienie - nasz codzienny krzyż - jest konieczna do tego, żeby stać się podobnym do Pana Jezusa Chrystusa, jest ogromnie niewygodna, niechciana, a nawet znienawidzona. Za św. Pawłem można śmiało powiedzieć, że dla wielu krzyż to "zgorszenie (...) i głupstwo" (1 Kor 1,23), jednak dla nas chrześcijan powinien on być "mocą Bożą i mądrością Bożą" (1 Kor 1,24), dodatkowo sam Jezus powiedział "kto nie bierze swojego krzyża, a idzie za Mną, nie jest mnie godzien" (Mt 10,38). Oczywiście trudno nam przyjmować te codzienne trudności finansowe, nieporozumienia w rodzinie, własne słabości i skłonności do grzechu - po prostu upadamy i na pewno (niestety) jeszcze nie raz będziemy upadać. Jezus pokazał nam jednak na upadaniu świat się nie kończy. Jezus pod ciężarem krzyża też upadał - przygniatały go nasze grzechy, ale zawsze powstawał. Najważniejszym właśnie jak się zdaje jest to powstawanie. Nie mamy leżeć twarzą w błocie i rozpaczać nad własnym losem. Siły które marnujemy na to, żeby użalać się nad sobą jacy to jesteśmy nędzni, powinniśmy spożytkować ku temu, żeby powiedzieć Jezusowi "upadłem, zgrzeszyłem, ale Ty wiesz co to znaczy upadać pod ciężarem krzyża - pomóż mi, proszę..." Oczywiście można powiedzieć, że łatwo mi się mówi, ale przecież jestem takim samym człowiekiem jak Ty drogi Czytelniku, tak samo przeżywam trudności w małżeństwie, choroby, pokusy... Jesteśmy więc w takiej samej sytuacji...
Krzyż ma być "mocą Bożą" jak napisał do Koryntian święty Paweł. Oczywiście to nie jest ludzka logika, ale właśnie o to chodzi. Bo my pomimo tego, że jesteśmy z pozoru normalnymi, najzwyczajniejszymi w świecie ludźmi, to jednak jesteśmy dziećmi Boga, który przyszedł na świat jako człowiek. Naszym przeznaczeniem jest wieczne życie w Bożej obecności. Nie powinniśmy więc zatrzymywać się tylko na tym co ludzkie. Przechodząc natomiast do tego co boskie trzeba powiedzieć, że największe trudności w naszym krzyżu to nie tylko upadki pod jego ciężarem. "Krzyż jest po to, żeby na nim umierać" usłyszałem kiedyś takie zdanie. Prawda jest taka, że nie możemy oczekiwać, że po jakichś trudnościach to już na pewno wszystko się ułoży i będzie wszystko w porządku. Po upadkach na drodze krzyżowej Jezus wyszedł na Golgotę i tam nagi wisiał na krzyżu i tam zginął. Dlatego właśnie dla wielu krzyż jest "zgorszeniem" i "głupstwem". Ci co tak myślą nie patrzą dalej - myślą tylko o tym co przyziemne. Można by powiedzieć "no tak, ale jak ja mam myśleć o czymś innym niż przyziemne, jak moja mama jest chora na raka, ojciec jest alkoholikiem, a rodzeństwo już odeszło z domu, jak ja mam w takiej sytuacji myśleć o tym co boskie?" W krzyżu nie chodzi o to, żeby na siłę udawać, że jest się męczennikiem - mam tyle trudności, ale będę się modlił jeszcze po 4 godziny dziennie na kolanach pokazać Bogu, że ten krzyż przeżywam razem z Nim. Jezusowi chodzi o NORMALNOŚĆ. Módlmy się do Niego mówiąc w normalnych słowach. Podziel się z Nim swoimi problemami, powiedz Mu o grzechach, o słabościach, o tym z czym nie potrafisz sobie dać rady. Powiedz Bogu Ojcu, żeby miłosiernie przyjął razem z ofiarą swojego Syna i Twoje cierpienia. Wtedy właśnie to głupstwo stanie się "mocą i mądrością", tylko nie szukajmy wytłumaczenia i pocieszenia w tym świecie. Zapłata za to wszystko jest tam po drugiej stronie, ona jest tam pewna jak w banku - już tam na nas czeka.
Problemem dzisiejszego człowieka jest to, że nie przeżywa cierpienia w łączności z krzyżem Jezusa. Wtedy cierpienie jest totalnie bezsensowne i niepotrzebne. Wtedy nasz codzienny krzyż dołuje nas i przyprawia nawet o depresję. Jeśli jednak uda nam się łączyć ten krzyż z krzyżem Jezusa, nieraz na siłę, pomimo tego, że się nie chce albo, że pozornie się nie da, to krzyż zacznie przynosić jakieś dziwne owoce w naszej codzienności: modlitwy zaczną być wysłuchiwane, pomimo, że może wiele trudności nie zniknie, my wewnętrznie będziemy się czuć lepiej, spokojniej... Bóg dokonuje wielu cudów. Przez krzyż swojego Syna dokonał cudu wyzwolenia nas spod władzy śmierci, sprawdźmy jakich cudów dokona, przez nas krzyż...