


Marta Pelka
„Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne...” To fragment Pisma Św. I jednocześnie tekst jednej z piosenek, doskonale ukazujący miłość Boga do ludzi. Jednak w ostatnim czasie bardzo często zastanawiam się, jak wyglądają moje uczucia do Niego...
Chyba każdy z nas wie od maleńkości, że Bóg kocha ludzi nieskończenie, jest dobry, a Jego miłosierdzie nie zna granic. Uważam, że rzadziej, a właściwie bardzo rzadko, myślimy nad tym, w jaki sposób postępujemy wobec Boga.
Osobiście stwierdzam, że względem Ojca postępuję nie fair. Dlaczego? Otóż jeszcze dosyć niedawno moja modlitwa działała na zasadzie „jak trwoga, to do Boga”. No tak, ale czy to na pewno była szczera rozmowa z Panem? Raczej nie. Prosiłam, ale zapominałam dziękować, przepraszałam, ale wciąż mniej lub bardziej świadomie postępowałam tak samo. Modlitwa wymaga zaangażowania szczególnie z naszej strony. Szczerze powiedziawszy, na razie średnio mi to wychodzi, ale staram się jak mogę. Czasem jest to po prostu klęczenie w ciszy przed ołtarzem. Bóg potrzebuje naszej modlitwy. Wtedy możemy Go poznać, a On tego dla ludzi jak najbardziej pragnie. To strasznie trudne, ale nie ukrywam, że bardzo pomaga mi wspólnota oazowa, do której należę. Wiem, że chyba nigdy tak do końca nie nauczę się modlić, jednak dążąc do tego pokazuję Bogu jak bardzo mi zależy i jak Go kocham...
Właśnie...Jak bardzo kocham Ojca, ile dla Niego zniosę i czy jestem gotowa do poświęceń? Myślę, że to, co czuję do Boga to nawet nie jest miłość. Odważę się nawet stwierdzić, iż jest to pewnego rodzaju karykatura miłości. Gdybym naprawdę kochała przestrzegałabym przykazań, a w szczególności pierwszego i starała się wybaczać bliźnim, bo w każdym z nich On ma Swój dom.
Kiedy „czuję to coś” do jakiegoś człowieka staram się zrobić wszystko by był szczęśliwy - nie krzywdzę go, ufam mu i szanuję, nawet często kosztem wiary. W tym wypadku sprawa przybiera zupełnie inny obrót. Logicznie rzecz biorąc chrześcijanin powinien zawsze stawiać Go na pierwszym miejscu. Jednak wiem, że tak nie jest. W moim przypadku bardzo często, a nawet częściej niż bym tego chciała różne pokusy wygrywają z głosem sumienia. Nie umiem zrezygnować z różnych rzeczy dla Jezusa, a przecież On oddał za mnie życie! Niestety, wtedy wygrywa pycha...
No tak, chodzę na msze, przyjmuję Sakramenty, ale one mają mi dawać siłę do świadczenia i przeżywania Mszy Św. Przyznam szczerze, że czasem nie chcę, a czasem nie potrafię otworzyć się na tę moc. Rzadko się zdarza, żeby mi się to udało. Kiedy jest mi źle chcę Mu się oddać, ale łatwiej jest wyżyć się na czymś bądź na kimś...
Muszę popracować nad wieloma sprawami.
Staram się ufać, a zaufanie wynika z miłości. Wierzę, że już jakiś mały zalążek miłości godnej Jego jest w moim sercu... Jednak minie bardzo wiele czasu, zanim moja wiara i miłość będą choćby wielkości ziarnka piasku, bo „gdyby wiara była wielkości ziarnka gorczycy mogłabym góry przenosić”.
Wierzę, a właściwe chcę wierzyć, że wytrwałość w wierze pomoże mi zwyciężyć tę moją ludzką marność podsycaną za każdym razem na nowo przez grzech.