


Chiara Lubich
Jedność! Jedność jest wielkim zamysłem Boga wobec ludzkości, wobec całej ludzkości i każdej jej części. Ta jedność – jak wszyscy wiemy – stała się możliwa dzięki Jezusowi, a posiadamy ją poprzez sakrament chrztu i wiarę w to, co Bóg nam proponuje.
Przez chrzest i wiarę dokonuje się bowiem osobiste zjednoczenie każdego człowieka z Bogiem, zjednoczenie wszystkich w Nim i wszystkich pomiędzy sobą. Chrzest i wiara czynią każdego z nas drugim Chrystusem, a wszystkich nas razem - Jego Mistycznym Ciałem.
Wystarczyłoby zatem radykalnie żyć naszym życiem chrześcijańskim, a zapanowałaby jedność. Jednak Duch Święty, zauważając pewne trudności, jakie czasem istnieją w urzeczywistnianiu jedności, pomyślał - jak się wydaje - aby ludziom, żyjącym w tych naszych czasach, podarować charyzmat - charyzmat jedności. Zesłał On go bowiem w pewnym punkcie Mistycznego Ciała Chrystusa, w pewnym zakątku ziemi, ale - jak wszystkie charyzmaty - dla dobra wszystkich.
Charyzmat jedności ma swą historię, w ciągu której zaowocował przede wszystkim powstaniem Ruchu, jakby nowego bukłaka, zawierającego w sobie nowe wino, by mogło upajać wszystkich, którzy z nim się spotkają. Ten charyzmat jedności, będącej najwyższym wyrazem Ewangelii Jezusa, który przed swoją śmiercią modlił się do Ojca: Ojcze, aby wszyscy stanowili jedno (por. J 17,21), prosząc właśnie o jedność - ten charyzmat zadziałał w taki sposób.
Był rok 1944, czas drugiej wojny światowej. Bombardowania Trydentu w północnych Włoszech trwały nieprzerwanie, a w ich wyniku ulegały unicestwieniu te rzeczy czy te osoby, które w jakimś sensie stanowiły nasz ideał, ideał grupy dziewcząt pełnych zapału i życia – takich jak wielu z was tu obecnych. Jedna z nas kochała dom, ale dom został zniszczony. Druga przygotowywała się do małżeństwa, ale narzeczony nie wrócił z frontu. Moim ideałem były studia, filozofia, ale wojna uniemożliwiła mi uczęszczanie na uniwersytet. Lekcja, której Bóg nam udzielał przez te okoliczności, była jasna: wszystko przemija, wszystko to marność nad marnościami.
Jednocześnie Bóg budził w moim sercu, wspólne nam wszystkim pytanie: Ale czy jest taki ideał, który nie ginie, którego nie zniszczy żadna bomba, któremu warto poświęcić się całkowicie? I natychmiast przyszła odpowiedź: Tak, jest. To Bóg. Jakby w błyskawicznym olśnieniu zrozumiałyśmy kim On jest - Bóg jest Miłością.
Postanowiłyśmy uczynić Go celem naszego życia. Od tej chwili poczułyśmy się ogarnięte Jego miłością. Także przedtem wiedziałyśmy, że On istnieje - byłyśmy dobrymi chrześcijankami, chodziłyśmy do kościoła, ale uważałyśmy, tak jak wielu, że On, choć najdoskonalszy, wszechwiedzący, wszechmocny, jak się uczyłyśmy, jest raczej daleki i niedostępny. Wiedziałyśmy, że On z miłości stał się człowiekiem, ale nie miałyśmy z Nim głębokiego kontaktu.
Teraz wszystko się zmieniało. Jakby nagle otworzyły się nam oczy i ujrzałyśmy, że Bóg, będąc Miłością, był blisko nas, towarzyszył każdemu naszemu krokowi, był obecny w każdej sytuacji naszego życia, radosnej czy smutnej, wiedział o nas wszystko. I uderzyły nas słowa Jezusa: U was nawet włosy na głowie wszystkie są policzone (Łk 12,7).
To ponowne - jeśli tak można powiedzieć – objawienie się Boga wstrząsnęło nami, przyniosło, pomimo grozy wojny, tak niezwykłą radość, tak głęboko wyryło się w naszej duszy, że mogłyśmy powiedzieć: My wierzymy miłości.
Wkrótce zrodziło się w nas nowe pytanie. Jeśli Bóg jest Miłością, to jaka winna być nasza postawa wobec Niego? Jak móc powiedzieć, że On jest rzeczywiście ideałem naszego życia? Światło przyniosło nam pewne zdanie Jezusa: Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie! Wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca (Mt 7,21). Dlatego powinnyśmy Go kochać wypełniając Jego wolę. I uczyłyśmy się dobrze żyć tą wolą w każdej chwili obecnej naszego życia.
Ale jak rozpoznać wolę Boga? Nasi krewni opuścili miasto, a my znalazłyśmy schronienie w małym mieszkaniu. Bomby padały w dzień i w nocy zmuszając nas do uciekania do schronu nawet jedenaście razy na dobę. Biegłyśmy tam szybko za każdym razem, gdy słychać było syreny alarmu, a nie mogłyśmy zabrać ze sobą niczego, jedynie małą książkę: Ewangelię. W niej – byłyśmy pewne - mogłyśmy znaleźć wolę Boga, wymagania Jezusa, Jego nakazy. Otwierałyśmy ją i działa się niezwykła rzecz: słowa, które słyszałyśmy tyle razy, rozświetlały się, jakby zapalało się pod nimi jakieś światło. Czy był to owoc charyzmatu? Pojmowałyśmy te słowa, a jakaś siła - sądzimy, że pochodząca również od Ducha Świętego – skłaniała nas do wprowadzania ich w czyn. Widzicie? Także dla nas: światło i życie.
Czytałyśmy: Miłuj swego bliźniego jak siebie samego (Mt 19,19). Bliźni. Gdzie był ten bliźni? Był tu, obok nas, w tej staruszce, która za każdym razem, posuwając się z trudem, docierała wreszcie do schronu. Trzeba było jej pomóc, podtrzymać. Był tutaj, w tym pięciorgu przestraszonych dzieci, stłoczonych wokół matki. Trzeba było je wziąć na ręce
i odprowadzić do domu. Bliźni był tutaj, w tym unieruchomionym w domu chorym. Trzeba było zdobyć lekarstwa, opiekować się nim.
Czytałyśmy: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Ludzie wokół nas z powodu tragicznych wydarzeń byli głodni, spragnieni, byli ranni, nie mieli ubrania, domu. Gotowałyśmy więc ogromne garnki zupy, którą im zanosiłyśmy, widząc w nich Jezusa.
Ewangelia zapewniała: Proście, a otrzymacie (J 16,24) lub też: Proście, a będzie wam dane (Mt 7,7; Łk 11,9). Prosiłyśmy dla biednych i za każdym razem dom napełniał się wszelkimi darami Bożymi: chlebem, mlekiem w proszku, marmoladą, drzewem na opał, odzieżą, które zanosiłyśmy potrzebującym. Słowo mówiło: Proście, a będzie wam dane.
A teraz opowiem Wam zdarzenie, które było pierwsze. Opowiadam je zawsze, bo ono powtórzyło się potem wiele razy na całym świecie. Powtórzyło się ono nawet nie tysiące, ale miliony razy. Pewnego dnia jakiś biedny prosi mnie o parę butów numer 42. Trudno było je znaleźć w czasie wojny i to jeszcze numer 42! W kościele kieruję do Jezusa modlitwę: Daj mi parę butów numer 42, dla Ciebie w tym biednym. Przy wyjściu z kościoła pewna kobieta podaje mi paczkę, w środku była para butów numer 42.
Dajcie, a będzie wam dane (Łk 6,38) przeczytałyśmy pewnego dnia w Ewangelii. Dawałyśmy. W domu było tylko jedno jabłko. Dałyśmy je biednemu. I jeszcze tego samego ranka otrzymałyśmy torbę jabłek, a gdy także ją podarowałyśmy ubogim, zjawiła się cała waliza jabłek. Jezus dotrzymywał tego, co obiecał. A więc Ewangelia spełniała się, była prawdziwa.
To stwierdzenie uskrzydlało nas w podjętej drodze. Pełne zadziwienia opowiadałyśmy innym o tym, co się wydarzało każdego dnia. A ci, którzy się z nami stykali, pozostawali nie tyle pod wrażeniem naszych osób czy spotkania z nowopowstającym Ruchem; czuli, że spotkali Jezusa, czuli, że Jezus żyje także dziś. Dlatego wiele osób zapragnęło doświadczyć tego samego i pójść za Nim.