Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.
Wiara

WIARA

Jaka jest twoja wiara?

ks. Krzysztof Wons SDS

 

Radość i zachwyt malowane rumieńcami na twarzach apostołów mówiły najwyraźniej, że w głębi ich serc panuje nieopisane szczęście.

 

Św. Marek ujął to krótko: poszli za Jezusem. Nie wahali się... i teraz widzą, że wybrali dobrze. Są naprawdę szczęśliwi. Oni, biedni rybacy, o których mówiono z pogardą że "cuchną rybą", których uważano za trzecią kategorię społeczeństwa, zostali uczniami Mistrza. I to nie byle jakiego. Jezus cieszył się niespotykanym do tej pory w Izraelu autorytetem i popularnością. Św. Marek od pierwszych wersetów Ewangelii zaznacza, że dokonywał niebywałych cudów uzdrowień, że wypędzał złe duchy, że w porywający sposób nauczał o Królestwie swego Ojca, że ciągnęły za Nim nieprzeliczone tłumy słuchaczy, że nawet faryzeusze i uczeni w Piśmie przychodzili do Niego i z ukrytym podziwem słuchali Jego wyjaśnień. Wszystko to coraz bardziej upewniało apostołów, że warto było pójść za Jezusem.

 

Lecz nagle u Marka zmienia się atmosfera ewangelicznego zapisu. Pewnego wieczoru Jezus proponuje swoim uczniom przeprawić się na drugi brzeg jeziora Galilejskiego: „Przeprawmy się na drugą stronę” (Mk 4,35). Apostołowie są ulegli Nauczycielowi. Bez wahania wsiadają do łodzi. Nie przewidują mających wkrótce nadejść wydarzeń. Odbili od brzegu znaczonego cudami i nauczaniem Jezusa, na którym czuli się tak pewnie i dobrze. Teraz są na wodach jeziora, które, oni - rybacy, znali bardzo dobrze. Znali nieprzewidywalność jego zachowania. Wiedzieli doskonale, że w jednej chwili jezioro potrafi stać się bardzo niebezpieczne. Ale doświadczenie długich lat rybackiej pracy i bliskość Nauczyciela odpędzały z ich myśli wszelkie złe przewidywania.

 

Tymczasem Jezus zmęczony zasnął gdzieś z tyłu łodzi. I wtedy przyszło najgorsze. W jednej niemalże chwili rozszalała burza. Fale kołysały łodzią niczym kawałkiem drewna. Oni - ludzie morza wiedzieli, że to nie żarty. Groziło zatonięcie. Błyskawice rozdzierały złowrogie niebo nocy i uderzenia grzmotów zdawały się rozrywać w strzępy lichą łódź rybaków. Strach przeniknął ich do szpiku kości. I na dodatek jeszcze widok śpiącego Jezusa nie reagującego absolutnie na dramat wydarzeń... To dziwne. Po raz pierwszy poczuli się niepewni i zagrożeni mimo bliskości Mistrza. Nie wytrzymali napięcia. Nerwowym ruchem drżącego ze strachu ciała obudzili Jezusa i nie panując nad sobą, pożerani przez koszmar nagłego wypadku wydarzeń wybuchnęli pytaniem, które zamieniło się w pretensje i oskarżenie: "Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?". Jezus podniósł się i w jednym momencie uciszył jezioro i burzę nieba: „Milcz, ucisz się!”. Lecz zaraz potem wzniecił nową burzę, o wiele dotkliwszą od poprzedniej, burzę przenikającą na wskroś sumienia apostołów, burzę wywołaną pytaniem mocniejszym niż grzmot i uderzenie fali: "Jakże wam brak wiary?".

 

Bliska jest nam owa ewangeliczna scena. Bardzo bliska. Nie dlatego tylko, że czytaliśmy jej opis wiele razy, lecz dlatego że jest w niej coś co jakby czerpie fakty z naszego życia. Tak jakby apostołowie odgrywali rolę do złudzenia przypominające wyreżyserowane sytuacje naszych zachowań. Jakby ta sama scenografia wydarzeń i ten sam problem - podstawowy problem wiary, zaufania, zawierzenia. Dopóki jesteśmy "po tamtej stronie jeziora" naznaczonej odczuwalną do głębi bliskością Jezusa, dopóki Jego nauka o Królestwie Ojca wydaje się miła dla ucha i nie żąda jeszcze radykalnego opowiedzenia się za lub przeciw Niemu, dopóki próba wierności, jest daleka i niewidoczna, zdaje się nam, że nasza wiara w Boga jest bez zarzutu i niezachwiana.

 

Tymczasem, ulegając pokusie takiego przekonania można zapomnieć, że prawdziwa wierność zaczyna się tam, gdzie wszystko zdaje się udowadniać bezsens wiary, gdzie cała racjonalność naszego wnioskowania krzyczy przeciw wierze w obecność Boga. Historia naszego życia uczy, że przychodzą takie dni, które nagle zmieniają "warunki atmosferyczne". Nagle nie wiadomo skąd, nadchodzi rozszalała burza przeróżnych problemów, która okrutnie niszczy dotychczasowe spokojne życie. I wtedy wszystko zaczyna wydawać się dalekie i obce, milczące i obojętne na nasz ból. Nawet Bóg robi wrażenie śpiącego. Wiarę w Boga atakują pioruny ludzkich zmysłów. Lęk, samotność, krzyk bólu, widmo śmierci - wszystko to kotłuje się w nas jak wody wzburzonego jeziora. I w momencie kiedy człowiek najbardziej boi się o „łódź swego życia”, nawet nie zauważamy, że zaczyna tonąć łódź naszej wiary. Człowiek, który rozpaczliwie walczy o życie, nieraz w tej rozpaczy traci wiarę w Boga. Z ludzkiego cierpiącego ciała i ducha wydobywa się pytanie pretensji i zarzutu: "Boże, nic Cię to nie obchodzi, że ginę?" Pytanie to obnaża podwójny brak wiary: brak wiary w to, że On jest blisko, zawsze przy człowieku; i jeszcze jeden brak wiary mocno raniący serce Boga, a mianowicie: brak wiary w to, że On jest dobry. Zrzucić Bogu, że nic Go nie obchodzi ludzki los, to tak jakby się Mu zarzuciło, że nie jest Bogiem. Kto traci ufność w Boga zatroskanego o człowieka traci niechybnie wiarę w to, że On jest, że jest Bogiem.

 

"Gdzie jest wasza wiara?" oto pytanie, którym Jezus roznieca burzę w naszych sercach. Jest to pytanie, o to czy jesteśmy gotowi, gdy poprosi, wypłynąć na wzburzone jezioro życia i przedzierać się przez rozszalałą burzę doświadczeń, nie tracąc zaufania w Niego, który potrafi uspokoić największe sztormy ludzkich cierpień i problemów. Czy wierzę wówczas, że On nie śpi, że jest blisko i obchodzi Go mój los. On sam najlepiej wie po co są burze w naszym życiu i kiedy trzeba je uciszyć...