Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.
Wiara

WIARA

Eucharystia. Źródło, szczyt, ofiara.

ks. Krzysztof Wons SDS

 

(...) Nigdy bardziej nie pragnę żyć, jak właśnie wtedy, gdy w głębi siebie samego czuję, że jest Ktoś, kto mnie kocha nad życie, komu na mnie zależy.

 

Źródło i szczyt

 

Kocham Kościół za to, że trudne prawdy wiary tłumaczy mi prostymi słowami, jak moja matka. Potrafię wówczas słuchać „podwójnie”: umysłem i sercem. Nie boli mnie wtedy głowa od niezrozumiałych słów, a serce się rozpala. Łatwiej też godzę się na tajemnice. Kocham wszystkich biskupów, teologów, którzy pewnego dnia na Soborze „wpadli na myśl Ducha świętego”, aby nazwać Eucharystię źródłem i szczytem mojego życia.

 

Poruszyli we mnie najpiękniejsze uczucia, przywołali szczególne przeżycia. Uwielbiam smak źródlanej wody z zapadlin górskich, zwłaszcza, gdy jestem potwornie zmęczony wspinaniem się, gdy mam wyschłe usta i wargi kleją się z potu i pragnienia. Kiedy pochylam się i dotykam wargami źródlaną wodę, kiedy ogarnia mnie rozkosz gasnącego pragnienia, wtedy mocniej czuję jak kocha mnie Stwórca i jak bardzo ziemski jest Bóg, który „wykopał” dla mnie to źródło. A kiedy wchodzę na szczyt, czuję jak blisko jest niebo; czuję jak wiatrem głaszcze i tuli mnie Bóg, jak ogrzewa mnie słońcem a największe zmęczenie zamienia w radość. Mam wrażenie, że na szczycie Bóg zmienia moje oczy, albo, że oglądam inną ziemię, inny horyzont i świat, chociaż jest to ten sam świat, po którym przed chwilą stąpałem „na dole”. Widzę więcej i dalej. Moje horyzonty się powiększają. Nie myślę już wtedy o moim zmęczeniu. Zajmuję się kontemplowaniem. Patrzę z góry - jak Bóg, to znaczy patrzę jakby „oczami” Boga.

 

Nie wiem czy takie przeżycia mieli na myśli i w sercu teologowie, gdy nazwali Eucharystię źródłem i szczytem, ale dzięki nim lepiej dzisiaj rozumie i czuję, co daje mi Bóg w codziennej Mszy świętej. Ołtarz jest jak źródło, które nigdy nie wysycha. Kościół zapewnił mnie w katechizmie, że na tym ołtarzu będzie celebrował Eucharystię „aż Jezus przyjdzie”, aż zamieni Eucharystię w wieczną ucztę2. To dla mnie bardzo ważne zwłaszcza, kiedy „uchodzi ze mnie świeżość życia”. Ile jest takich dni, kiedy zmęczony mówię sobie „nie – tego już za dużo, nie podołam, to ponad moje siły”. I wtedy Eucharystia, jak pokorne źródło, przypomina mi, że ziemia, po której chodzę, nie jest w moich rękach, że nie zbawię siebie i innych i że ziemia nie kręci się wokół mnie. Nie jestem ani słońcem ani „pępkiem świata”. Ołtarz przypomina mi, Kto jest centrum życia, kto jest źródłem i kto jest Najwyższy – „Szczytem”. On jest szczytem życia i miłości.

 

Zawsze poruszał mnie widok sędziwego, zgarbionego kapłana, który w drżących rękach ukrywa przeistoczony chleb – „kruchego” Jezusa. Przypomina mi, że to ukryty Jezus, pochylony nade mną, przeistacza mój świat i że może to uczynić nawet przez najsłabsze ręce. Kiedy gubię dystans do życia i wierzę jedynie we własne ręce, kiedy za bardzo stapiam się z moją pracą ...i powoli gubię człowieka, On przy ołtarzu leczy mnie z niezdrowych zachowań, wyprowadza na szczyt, abym lepiej zobaczył moje życie, abym oderwał się od siebie, od swojego zmęczenia, abym zauważył, że świat, owszem, może istnieć beze mnie, ale ja nie mogę istnieć i poruszać się bez Boga. „Bo w Nim żyję, poruszam się i jestem” (por. Dz 17, 28). Żyję w Jego rękach, nie w swoich! Przypominają mi o tym Jego przebite ręce. Patrzę na Niego i słyszę jak mówi: „Oto wyryłem cię na obu dłoniach” (Iz 49, 16). Jest we mnie nieraz pragnienie, aby o tym powiedzieć na ambonie, aby zawrócić ludzi z ruchliwych ulic, na których, biedni, zmęczeni, (żal mi ich!), gonią za skrawkiem życia i próbują „złapać szczęście” swoimi dłońmi. I chciałbym krzyczeć, pomny także na swoje pomyłki i iluzje, że bez Jego przebitych rąk nie ma dla mnie życia i że tak naprawdę wobec źródła Eucharystii wszystko inne jest jak popękane cysterny, z których uchodzi woda. Nigdy nie zastąpi źródlanej. Eucharystia mi mówi, że tylko Jezus jest strumieniem wody żywej.

 

Kiedy piszę te słowa myślę również o niedzieli. Ona najbardziej kojarzy się z Eucharystią. Najbardziej ze wszystkich siedmiu dni przypomina, Kto naprawdę jest Źródłem i Szczytem. Kiedy w niedzielę przestaję pracować i jestem na Eucharystii wyznaję najważniejsze słowa „Credo”: że to On jest Wszechmogący, nie ja, że On jest źródłem życia, nie ja, że On o wszystko się troszczy pierwszy. Mogę na końcu tygodnia poczuć się maruderem. Mogę stanąć przy ołtarzu i powiedzieć jestem zmęczony i muszę odpocząć, nabrać sił, pobyć z bliskimi. Na Eucharystii mogę poczuć się kochany nie „za coś”, ale za to że jestem – taki jaki jestem, w tej chwili. Mogę wtulić się w ołtarz z moim zmęczeniem i słuchać, jak Bóg mówi do mnie: „O wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie choć nie macie pieniędzy! Kupujcie i spożywajcie, dalejże kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko” (Iz 55, 1). Kiedy słucham tych słów, mam odczucie, że Bóg wypowiada je od ołtarza, za każdym razem kiedy widzi nas spragnionymi i umęczonymi po tygodniu „gonitwy”. Myślę nawet, że „odchodzi” od ołtarza, i idzie „na opłotki”. Szuka nieobecnych, wchodzi do domów, które jeszcze nie odnalazły drogi do źródła. Idzie też do supermarketów, gdzie chyba znajduje najwięcej głodnych i spragnionych i mówi z miłością: „Żal mi tego tłumu... nie mają co jeść” (Mk 8, 2) I pyta: „Czemu wydajecie pieniądze na to co nie jest chlebem? I waszą pracę na to, co nie nasyci? Słuchajcie mnie a jeść będziecie przysmaki i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw” (Iz 55, 2).

 

Eucharystia w niedzielę jest jak zdobywanie szczytu. Dzięki niej mogę popatrzeć na życie inaczej: jakby z góry, „oczami Boga”. I wtedy widzę dalej, ponad moje zmęczenie, ponad moje troski, ponad moje zawężone horyzonty. Widzę, że ten świat cały jest w Jego rękach: mój dom, moja rodzina, moja wspólnota, ja sam. Naprawdę, dziękuję biskupom i teologom, że w tych dwóch słowach „źródło” i „szczyt” tak prosto powiedzieli mi o Eucharystii. Pomogli mi jej doświadczać w

samym sercu mojego życia.

 

Ofiara

 

To słowo budzi we mnie opór i lęk. Boję się ofiary, zwłaszcza, gdy myślę, że może dotyczyć mojego życia. Boję się od dzieciństwa. Boję się bólu, boję się tracenia najbliższych. Przyłapuję się na tym, że nie chcę o tym za bardzo myśleć. Nie pociąga mnie jak smak źródła i urok szczytu. Jest odwrotnie. Kocham jednak Kościół nie tylko wtedy, gdy mówi do mnie prosto jak matka, ale także, gdy jest stanowczy i konkretny. Kocham go za to, że nie pozwala mi uciekać od trudnych prawd. Kocham ludzi Kościoła, którzy jak mama, nie tylko mówią mi o ofierze, ale wzruszają do głębi swoją ofiarnością. Uczą mnie sobą, czym jest „ofiara”. Ofiara. Jedno z najświętszych słów. Przypomina mi przede wszystkim, że jest Ktoś jeden, kto ukochał mnie aż do szaleństwa krzyża. Umarł zamiast mnie, wydał siebie całego za mnie, złożył ofiarę ze swego życia. Najbardziej uświadamiam to sobie, gdy sprawuje Mszę świętą.

 

W katechizmie przeczytałem słowa, że „Eucharystia jest ofiarą, ponieważ czyni obecną ofiarę krzyża”3 i że w „Eucharystii Chrystus daje to samo ciało, które wydał za nas na krzyżu, tę samą krew, którą wylał za wielu... na odpuszczenie grzechów”4. I jeszcze: „W tej Boskiej ofierze, dokonującej się we Mszy świętej, jest obecny i w sposób bezkrwawy ofiarowany ten sam Chrystus, który na ołtarzu krzyża ofiarował samego siebie w sposób krwawy”5. Trudne słowa. Bardzo trudne ...i wielkie. Przerastają umysł. Nie da się ich zrozumieć. Można w nie jedynie uwierzyć. Czuję to mocno, za każdym razem, kiedy sprawuję Eucharystię. Czasem przychodzi na mnie jakby uderzenie światła, olśnienie. Zadziwiam się wtedy, że jest Ktoś, kto kocha mnie tak bardzo. Mówię w Jego imieniu „To jest ciało moje za was wydane” i wiem, że to On mówi to do mnie i o mnie. Słyszę Jego słowa, wypowiadane moimi ustami: „To jest kielich krwi mojej, która za was będzie wylana” i czuję wewnętrznie, że On wylewa ją za mnie. Ta dobra nowina codziennie wraca mi sens życia. Nigdy bardziej nie pragnę żyć, jak właśnie wtedy, gdy w głębi siebie samego czuję, że jest Ktoś, kto mnie kocha nad życie, komu na mnie zależy. Iluż jest ludzi, którzy chcieliby usłyszeć, dowiedzieć się, poczuć wewnętrznie, że jest Ktoś kto ich kocha aż do ostatniej kropli krwi, że pozwolił sobie przebić serce za nich. Ile jest takich osób, które nie mogą w to uwierzyć, choć codziennie o tym słyszą. Czy nie jest tak, że od rana, każdego dnia, szukamy spojrzeń miłości, słów, znaków, gestów, które nas przekonają, że ktoś nas kocha, że o nas myśli, że mu na nas zależy. Bardzo tego szukamy. Eucharystia odwołuje się do naszej najgłębszej egzystencjalnej potrzeby. Potrzebujemy, aby ktoś nie tylko nam powiedział ale także przekonał sobą, że nas kocha nad życie.

 

Otwieram znowu katechizm i czytam, że w Eucharystii zawiera się całe moje duchowe dobro - Chrystus. A więc Eucharystia to nie coś, ale to Ktoś. Ktoś, kto codziennie się za mnie wydaje, kto składa siebie na ołtarzu, abym uwierzył, że mnie kocha. To łaska, kiedy nagle odkrywam tę prawdę podczas Mszy świętej. Eucharystia nie jest jakąś praktyką pobożnościowa, albo jedynie „niedzielnym obowiązkiem”. Jest wydarzeniem. To wydarzenie mówi mi codziennie, że miłość, której szukam jest mi codziennie dawana. Więcej - jest wydawana za mnie!

 

Kiedy mamy oczy zmęczone codziennością i serce obciążone ludzkimi krzywdami nie potrafimy dostrzec, że Eucharystia jest pełna znaków Jego miłości, pełna Jego słów przebaczenia i miłosierdzia. Oczywiście, do największych znaków, gestów i słów można się przyzwyczaić, tak, że przestaną poruszać serce i zadziwiać umysł. Ale przecież nasze przyzwyczajenie, które nieraz ochładza nasze serce i usypia umysł, nie może na moment ochłodzić serca Boga, nie usypia Jego miłości. W Eucharystii objawia się Bóg o przebitym sercu, o sercu otwartym. Już zdecydował, że do końca naszych dni będzie sprawował dla nas bezkrwawą ofiarę, abyśmy pamiętali, że jesteśmy ocaleni przez Jego krew. Eucharystia jest pamiątką Jego śmierci za mnie i świętowaniem zmartwychwstania. Jest obietnicą, że także moje życie przekroczy próg śmierci i będę już na zawsze przy źródle i na szczycie - razem z Nim. I wtedy, ufam, kiedy ujrzę Go twarzą w twarz, powie mi ile znaczyła dla mnie Eucharystia na ziemi.