


Aleksandra Sowa-Zduńczyk /Jezus.com.pl
Niewierny Tomasz miał w sobie wiele ze współczesnego racjonalisty - chciał dotknąć i zobaczyć. Jezus spełnił jego prośbę. Obyśmy dzisiaj mieli w sobie wiele ze św. Tomasza...
„Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę” - to zdanie wypowiedziane przez Tomasza Apostoła jest chyba jednym z najczęściej powtarzanych cytatów biblijnych. Zna je każdy chrześcijanin. Sam Tomasz przez to jedno zdanie otrzymał przydomek Niewierny. Czy słusznie? Myślę, że niekoniecznie. Różnie można interpretować postawę Tomasza - jako świadectwo słabej wiary albo jako dociekliwość człowieka, który chce iść całym sercem za tym, do czego naprawdę jest przekonany, by się przekonać, musi to jednak zrozumieć, dotknąć, zobaczyć. Czy to pragnienie jest złe? Pan Jezus nie potępia Tomasza. Mówi mu wprawdzie „Nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”, równocześnie jednak wychodzi naprzeciw pragnieniom swojego Apostoła, nawiązuje z nim dialog, odpowiada na jego prośbę. To doświadczenie było dla Tomasza tak silne, że związało go z Jezusem na zawsze. Słowa „Pan mój i Bóg mój” stały się programem jego życia. Tradycja mówi, że głosząc zmartwychwstanie Jezusa zawędrował aż do Indii, gdzie poniósł śmierć męczeńską.
Sądzę, że św. Tomasz miał w sobie wiele ze współczesnego racjonalisty. Nam, żyjącym w dobie ogromnego rozwoju techniki, coraz trudniej przychodzi przyjmowanie czegokolwiek „na wiarę”. Musimy wszystko sprawdzić, zbadać, zmierzyć, zważyć... Taka postawa dla wielu ludzi jest też powodem zwątpienia w Boga - nie da się Go ująć w naszych kategoriach, więc musi Go nie być. Prawdą jest, że nie da się Boga zmierzyć i zważyć. Można Go jednak dotknąć, tak jak zrobił to św. Tomasz. Tak, tak - to nie żadne przejęzyczenie, doskonale wiem, co piszę. Jak to zrobić? Przede wszystkim potrzeba nam tak silnej determinacji i szczerego pragnienia, jakie miał Niewierny Tomasz. On NAPRAWDĘ pragnął zobaczyć Jezusa po to, by uwierzyć! To nie był ani jego kaprys, ani postawa tłumu pod krzyżem - „Wskrzeszał i uzdrawiał innych, niechże teraz siebie uratuje - ha, widzisz - nie robi tego, więc nie umie, więc nie jest Bogiem”. Jak bardzo przypomina to nastawienie wielu z nas - ludzi żyjących w XXI wieku. Rzucamy Panu Bogu wyzwanie - „Pokaż co potrafisz!”. To taki sceptycyzm, który nie dąży do odkrycia prawdy, tylko do potwierdzenia własnych teorii. Tomasz szukał szczerym sercem Boga. Trudno mu się z resztą dziwić - spędził kilka, być może najlepszych, lat swojego życia z Jezusem, rzucił wszystko i wydaje się, że wszystko stracił. Nagła wiadomość o tym, że Jezus żyje, mogła przywrócić sens jego życiu, gdyby jednak okazała się fałszywa, przeżyłby jeszcze gorszy zawód. Jego serce więc z prawdziwą szczerością poszukiwało prawdy o Chrystusie i chce ją odkryć. Tylko taka postawa, jaką przyjął Tomasz, może doprowadzić do prawdziwego spotkania z Bogiem. To dobre nastawienie do relacji z Nim jest fundamentem, na którym można dalej budować. Nikt z nas przed śmiercią Boga nie zobaczy. Możemy jednak niemal fizycznie Go dotknąć. Objawia nam siebie przez taką bliskość, która jest niewidoczna, ale może być prawie namacalna - doświadczać jej możemy modląc się. Pytanie tylko jak się modlić? Myślę, że każdy musi dojść do tego sam, Kościół daje nam jednak kilka cennych wskazówek. Na modlitwę przychodzi się jak na spotkanie z drugim człowiekiem, którego kocham, który jest mi bliski, i tak też trzeba do Boga mówić. Trzeba również słuchać własnego serca, bo to tam mówi Bóg. Jezus objawia nam siebie również przez widzialne znaki - Sakramenty, największy skarb Kościoła. W Komunii świętej przychodzi do nas w sposób fizyczny... Co najważniejsze - Bóg pragnie żywej relacji z nami! Wiara ograniczająca się wyłącznie do praktyk religijnych wykonywanych bez zrozumienia sensu, bez zwracania uwagi na Tego, który kryje się za nimi, nie wystarcza ani Bogu, ani człowiekowi. Bóg pragnie bliskości człowieka, człowiek potrzebuje Boga. Obaj są osobami, mają rozum, uczucia, wolę, są żywi - ich relacja musi też być żywa, nie da się zamknąć w suchych, sztywnych ramach rytuałów i praktyk. Z takiego błędnego podejścia do religijności płyną potem problemy buntu przeciwko Kościołowi, głupie odejścia od wiary z powodu księdza, który zrobił to, czy tamto. Człowiek ma być związany z Bogiem, a Kościół w tym pomaga i pośredniczy. Jeśli ktoś nie widzi tej dalszej, głębszej perspektywy, to swoje uczucia religijne przelewa tylko na pośrednika i łatwo może zostać zraniony. Człowiek, który prawdziwie kocha Boga i ma z Nim żywą relację, nie straci jej z powodu błędów członków Kościoła. Kościół widzi się wtedy też w innej perspektywie - przede wszystkim jako „Miejsce”, gdzie są dostępne wszystkie środki potrzebne do kontaktu z Bogiem - modlitwa, sakramenty, wspólnota. Oczywiście, Kościół składa się z ludzi, którzy mają swoje słabości, jak wszyscy. Nie może to jednak przysłonić prawdy, którą niesie.
Czy to znaczy, że tradycyjna religijność jest zła? W żadnym wypadku! Tradycyjne praktyki religijne, formy modlitwy, są dobre, ale to tylko środki, które nie mogą zastąpić celu. Wiara to nie jest uczestnictwo w nabożeństwach, ale wiara wzmacnia się i wyraża PRZEZ uczestnictwo w nabożeństwach. Będziemy ze zrozumieniem podchodzić do praktyk religijnych, jeśli będziemy mieli żywą relację z Bogiem.
W dzisiejszym zlaicyzowanym i przeintelektualizowanym świecie nasza wiara ostoi się tylko wtedy, kiedy będzie silną więzią z Jezusem, prawdziwą, osobową relacją, pełną zrozumienia. Wtedy naszym pragnieniem będzie przylgnięcie do Niego, przez modlitwę i sakramenty... Tylko taka wiara zaspokoi tęsknoty i pragnienia człowieka i Boga. Prawdą potwierdzoną doświadczeniem wielu ludzi są słowa ks. J. Szymika: „Bogu i człowiekowi cudownie być razem!”.