


Adam Szewczyk
Kto lub co jest największym wrogiem Pana Boga w moim życiu? Pieniądze? Jedzenie? Seks? Praca? Sukces? Sława? Drugi człowiek? Nie. Największym wrogiem Pana Boga w moim życiu jestem ja sam. To ja, autotyran, rozkazuję sobie by zaspokajać własne potrzeby, namiętności, ambicje i pragnienia. Potrzebuję do tego pieniędzy, sukcesu, władzy, seksu. Te rzeczy dają mi poczucie sytości, spełnienia, bezpieczeństwa. Ale na jak długo? Na chwilę. Jestem oszukiwany. Zaspakajam jeden głód po którym przychodzi następny, jeszcze większy i bardziej zniewalający. Staję się niewolnikiem własnych potrzeb. Niewolnikiem samego siebie. Staję się dla siebie bogiem. Tylko Jezus ma moc wyrwać mnie z tej niewoli i dać mi wody, po której już nie będę łaknąć. Panie, uwolnij mnie od tego boga!
Co to znaczy wzywać kogoś na daremnie ? To znaczy, że albo ktoś nie ma ochoty mi pomóc, albo nie wierzę, że taka pomoc jest realna. Która z tych dwóch możliwości ma miejsce w mojej relacji z Bogiem? Gdyby Bóg rzeczywiście nie miał ochoty mi pomagać, moja modlitwa była by daremna. Tymczasem Bóg chce mi pomóc, ale ja w to nie wierzę! I to jest daremne. Wzywać Boga na daremnie, to wzywać Go powątpiewając jednocześnie, że może w moim życiu coś zmienić. Modlitwa bez ufności nie ma sensu. Święta Faustyna przypomina, że najbardziej ranimy Boga nieufnością w Jego miłosierdzie. Nie bądźmy daremni. Zaufajmy.
Jeden dzień bez zysku to za duża strata. Nie potrafię odpoczywać ze świadomością, że mój biznes się nie kręci. Konkurencja chce mnie zniszczyć, więc muszę się bronić. Święta praca jest ważniejsza niż święty dzień. Niedziela rano. Obowiązkowa msza. Ale myślami już jestem w innej świątyni. W hipermarkecie. Zastanawiam się ile kilogramów kiełbasy kupić, jakie piwo. Nowy grill by się przydał, bo stary już się sypie. Nie mogę też zapomnieć o węglu i chipsach. Dzisiaj na działkę przychodzą znajomi. Ech, nie ma to jak dzień święty święcić.
Dopóki mam z kogoś korzyść, potrafię zabiegać o jego względy, być dla niego miłym, okazywać pomoc i zainteresowanie. Kiedy korzyści już nie ma, jakoś dziwnie mi mija. Szukam sposobu by się uwolnić od niewygodnego ciężaru i znaleźć dla siebie stosowne usprawiedliwienie. Skazuję ich na samotność tłumacząc to swoją pracą. Oddaję ich do domu opieki społecznej, bo tam będą się mieli najlepiej. Pozwalam, aby szpital wydał na nich wyrok śmierci, by się nie męczyli. Przecież kocham swoich rodziców.
Jestem gotowy zabić wszystko, co może zabić mnie: moje plany, moją karierę, moje poczucie szczęścia i bezpieczeństwa, moją pozycję. Zabijam osądem, myślą, słowem, gestem, obmową, artykułem, piosenką, papierosem, nożem, karabinem maszynowym, bombą atomową, strzykawką, zabiegiem ginekologicznym, pozwem do sądu, milczeniem. Zabijam nawet Boga. Grzechem. A Pan mówi, byśmy nie zabijali. Wzywa jednocześnie, byśmy potrafili poświęcić to jedno jedyne życie – swoje własne. Odbierz bliźniemu życie dla siebie - mówi demon. Oddaj swoje życie dla bliźniego - mówi Pan. Kogo posłucham?
Panowanie nad sobą to nie to samo, co tłumienie naturalnych potrzeb. Każdy człowiek ma naturalne potrzeby fizjologiczne. To oczywiste. Wyobraź sobie, że jesteś na urodzinach u cioci. Nagle jeden z gości stwierdzając, że WC jest zajęte, na oczach wszystkich zdejmuje spodnie i na środku pokoju robi właśnie to. Po czym z głupawym uśmiechem mówi: co się tak gapicie, to moja naturalna potrzeba. I co? Usprawiedliwimy go? Więc dlaczego z taką łatwością przychodzi mi usprawiedliwiać siebie za wykroczenia przeciw szóstemu przykazaniu, twierdząc, że to moja naturalna potrzeba? Na wszystko jest właściwy czas i miejsce. Na seks też. Niewiele się różnię od tego wariata u cioci na urodzinach. Tak jak on stoję ze spuszczonymi spodniami i wmawiam sobie, że to naturalna potrzeba. Naprawdę trzeba być wariatem, by deptać taki dar jakim jest seksualność człowieka. Nie wolno nam korzystać z niego jak się chce i kiedy się chce, bo to dar pod szczególną ochroną. Człowiek musi od siebie wymagać. Kto tego nie rozumie, seks bez ograniczeń nazywa wolną miłością. A panowanie nad sobą – tłumieniem naturalnych potrzeb. Cóż, do wszystkiego można dorobić odpowiednią filozofię.
Ile skopiowałem płyt? Ile wygadałem przez służbową komórkę? Ile przejechałem na firmowej benzynie? Ile zyskałem „nieznacznie” wpływając na kształt ustawy? Ile „zaoszczędziłem” omijając podatki? Jakie to ma znaczenie - przecież nikt mi tego nie udowodni. Na pewno? Nie wyjdziesz z więzienia, dopóki nie oddasz ostatniego grosza...
Co jest moją prawdą? - pyta Piłat w „Pasji” Gibsona. Moją prawdą jest lęk przed tym, że za wiele stracę, że za bardzo się narażę, że przegram. I ta prawda sprawia, że wybieram kłamstwo. Odkrywam w sobie podwójne, a nawet potrójne dno moralne – nie mam odwagi zakwestionować faktu, że prawda jest najważniejsza, i nie mam jednocześnie odwagi, by do niej się przyznać. Więc pozostaje trzecie wyjście – ochoczo głosząc ideał prawdy żyć w kłamstwie. To patent demona, stary jak świat. Nie ważne, że jest źle. Ważne, by wyglądało, że jest dobrze. Jestem jak gmach sądowy - pełen mądrych haseł i zapisów o prawdzie i sprawiedliwości, pełen wzniosłych deklaracji i pięknych dekoracji. Nikt nie może mieć wątpliwości, że tutaj prawda i sprawiedliwość dyktuje wszelkie reguły gry. Ale ja mam. Reguły ustala własna korzyść, wygrana, własne bezpieczeństwo. Wszyscy o tym wiedzą i jednocześnie nikt nie może tego udowodnić, ani tego zmienić. Nie jesteśmy zainteresowani dotarciem do prawdy, ale uznaniem za prawdę tego, co nam najbardziej odpowiada. Jest tylko jeden sąd, gdzie kłamstwo to kłamstwo, prawda to prawda, czarne to czarne, a białe to białe. Nie ludzki – Boży. Ostateczny. Bezpieczny.
Zło byłoby bez szans, gdyby nie udawało dobra. Ulegamy pokusom, bo rozmywa się w nas prawdziwy obraz kusiciela, jego intencji i zamiarów. Czy dałbyś się namówić komukolwiek na skosztowanie słodkiego ciastka wiedząc, że jest nasączone cyjankiem potasu? Czy wierzę Bogu, który mówi, że skutkiem grzechu jest cierpienie i śmierć? Jeśli wierzę, to dlaczego kosztuję? A może nie wierzę? Zdumiewająca jest przewrotność Szatana: jego kłamstwo sprawia, że dobrem nazywam zło, którego się dopuszczam. Arsenał sztuczek tego czarodzieja jest niewyczerpany: znajdzie coś na każdą okazję. Hokus - pokus i moją nieuporządkowana namiętność nazywam naturalną potrzebą, wobec której nie mogę pozostać obojętnym. Zaspakajanie cielesnego pożądania nazywam ludzkim odruchem miłości, a zdradę – pójściem za głosem serca. Za każdym razem kiedy ulegam, połykam śmiertelną truciznę. Jakkolwiek była by słodka. Jakkolwiek długi byłby czas oczekiwania na jej działanie. Stoję pod Krzyżem mojego Lekarza i błagam o odtrutkę. Wystarczy jedna kropla.
Najwięcej ma ten, kto potrafi pogodzić się z tym, że nie ma nic. Bez tej umiejętności skazujemy się na szaloną gonitwę za rzeczami, od których uzależniamy nasze szczęście, dobre samopoczucie, sens życia. Już małe dzieci wykształcają w sobie ten schemat: muszę mieć to czego pragnę, bo inaczej będę wrzeszczał i tupał nogami. W niczym nie różnię się od małego dziecka. Jedynie udaję, że się różnię. Uzależniam się od swoich „zabawek” jak dziecko i jeśli któraś jest poza moim zasięgiem, staję się nieszczęśliwy, zgorzkniały i agresywny. No, a jeśli to, czego tak pragnę ma ktoś inny, to już zupełna katastrofa. Jestem chory na to, że czegoś nie mam. Wydaje się, że jedynym lekarstwem jest mieć to coś. Na pewno? Nie lepiej tego czegoś po prostu nie chcieć? Kupujemy tony tabletek, proszków i syropów, bo jesteśmy przekonani, że to one zagwarantują nam zdrowie. A czy nie lepiej po prostu nie chorować? Co jest większą sztuką i bogactwem: mieć czy umieć nie mieć, czyli po prostu być? Upokarzające jest nie to, że ktoś ma więcej niż ja, ale to, że jestem tym zniewolony.
Dopóki Dekalog będzie dla nas jedynie martwym prawem wyrytym na kamiennych tablicach, naszymi sercami niepodzielnie zawładnie AntyDekalog. A z tego nic dobrego być nie może...