Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.
Wiara

WIARA

Aby byli jedno

Michał Koźlik /Jezus.com.pl

 

Ta ziemia nosiła stopy trzech papieży. Każdy z nich promieniał na niej ze szczęścia. Każdy wiązał z tym miejscem wielkie nadzieje. Gdy Jan XXIII stanął w tej burgundzkiej wiosce, zakrzyknął: „Taizé! Taizé... Moja mała wiosno!” Na czym polega fenomen tego miejsca? Co sprawia, że gdy się tam przybywa, nie chce się już wracać… Oto fenomen Jezusa Chrystusa. Fenomen Kościoła.

 

Siedzę na podłodze pod drewnianym filarem. Wokół mnie ludzie. Siedzą, klęczą, leżą jakby w modlitewnym półśnie. Myślą. Czasem płaczą. I ikony... Dużo ikon. Na jednej z nich Trójca Święta. Trzy Boskie Osoby wpatrzone w siebie wzrokiem Miłości. Śnieżnobiałe habity przemykają powoli między ludźmi co raz to zatrzymując się przy kimś pragnącym rozmowy. Jest już późny wieczór. Światło świec nadaje tym chwilom wyjątkowy klimat rozjaśniając wnętrze kościoła odcieniem przytulnej czerwieni. Z niektórych kątów dobiegają słowa rozgrzeszenia: „Bóg Ojciec Miłosierdzia... niech Ci udzieli przebaczenia przez posługę Kościoła”. W świetle mnóstwa świec i małych lampek połyskują dostojnie kapłańskie stuły... Zewsząd słychać ciche kanony i pieśni tak szczególne, bo... tutejsze. Pod ołtarzem najwięcej ludzi. Adorują krzyż. Cały kościół oddycha spokojem ogarniającej wszystko sierpniowej nocy, która w tej części Francji dokucza przenikliwym chłodem. Ale w kościele jest ciepło... Ciepło na ciele. Ciepło na duszy. Garstka wytrwałych jeszcze czuwa, modli się śpiewając... Śpiewa wciąż się modląc... A na zewnątrz jest ulica, sklepik jeden, drugi, baraki, kilka małych budynków i dziesiątki, setki, tak, setki namiotów, w których zmęczeni przybysze powoli szykują się do spoczynku. Jutro trzeba wcześnie wstać na poranną modlitwę a jeśli ktoś jest katolikiem, to jeszcze wcześniej na codzienną Mszę.

 

Mija już ósmy dzień odkąd ostatni raz dotknąłem stopami polskiej ziemi. Już od ponad tygodnia stąpam po innej, po ziemi należącej do kraju, który niegdyś był podporą europejskiego chrześcijaństwa, a dziś bardzo pogubił się w swej wierze... Dotknięta wszechobecnym liberalizmem Francja zamroziła serca i uśpiła sumienia. Ale oto gdzieś na tej zeświecczonej ziemi jest skrawek, w którym od lat co roku na masową skalę powtarza się cud pojednania i odnowy. To okolice Lyonu. To Burgundia. To mała wioska TAIZÉ.

 

Minął już prawie wiek od momentu, kiedy na świat przyszedł człowiek, który zapragnął prośbę Jezusa z Ogrójca uczynić swoim życiowym celem...

 

„Aby stanowili jedno Ojcze tak jak Ty we Mnie a Ja w Tobie” rozbrzmiała 2 tysiące lat temu wśród oliwnych drzewek modlitwa Zbawiciela. Wtedy w Getsemani Bóg płakał nad swym Kościołem, jak Oblubieniec płacze nad Oblubienicą, przewidując jej zdradę... Wtedy w ogrodzie Getsemani Bóg płakał nad schizmą Wschodnią, nad grzechami papieży, nad odstępcami od Kościoła, nad reformacyjnym rozłamem, nad sporami teologicznymi, nad niewinnie spalonymi na stosie... Oto Kościół, poranione Mistyczne Ciało Chrystusa wiszące na krzyżu dziejów. Takie są czarne karty Boskiej Oblubienicy. I wydawać by się mogło, że błagalna modlitwa Jezusa rozpłynęła się w głuchej przestrzeni... Tyle podziałów. Katolicy, prawosławni, protestanci... Każdy z tych trzech wielkich Kościołów również wewnątrz podzielony na jeszcze inne... Nie ma jedności. A jednak Ojciec nie wzgardził prośbą Syna. Wysłuchał natychmiast i przez wieki dawał światu ludzi, którzy pragnęli przywracać jedność Ludu Bożego. Robi to dalej, nieprzerwanie... Nawet tu, na francuskiej ziemi, gdzie okna światłego przełomu wieków zabijane są dechami konsumpcyjnego relatywizmu, Bóg stawia człowieka o wielkim sercu i wielkim celu: spełnić pragnienie Mesjasza „Aby byli jednością”. Gdy z początkiem wojny szwajcar Roger Louis Schutz-Marsauche przybył do małej francuskiej wioski Taizé, świat nie wiedział jeszcze, co to ekumenizm. Europa pogrążona w zalewie hitlerowskich zbrodniarzy zapomniała o Bogu. Ale gdy atomowy grzyb huczał już nad Japonią a niemiecki dyktator planował swe samobójstwo, młody Roger myślał, że teraz wszystko zacznie się zmieniać. Ale sytuacja na świecie wcale nie była upragniona... Zachód zaczął walkę o wpływy w powojennym świecie, wschód natomiast pogrążył się w ateistycznym komunizmie. I właśnie w takim momencie dziejów w uszach przedwiecznego Ojca rozbrzmiewa znów drżący szept Umiłowanego Syna „Ojcze, spraw, aby byli jedno”. I Bóg dotyka serca owego szwajcara, który na rowerze pielgrzymuje z Genewy do swojego Kanaanu, do Taizé... Gdy Roger Schutz zakładał wspólnotę braci w Taizé, nawet nie śmiał przypuszczać, że jego odpowiedź na to Boże dotkniecie spowoduje eksplozję miłości między chrześcijanami różnych wyznań, erupcję wulkanu pojednania i zgody, która wzniesie się ponad teologiczne sprzeczki i dogmatyczne prawdy.

 

Wieść o Taizé rozeszła się na cały świat. Dzisiaj przybywają tu chrześcijanie (i nie tylko!) z całego globu, aby zapomniawszy o podziałach i różnicach złączyć się z innymi wyznawcami Chrystusa w modlitwie, śpiewie i w wspólnym życiu. Chińczyk, Murzyn, Europejczyk czy Amerykanin... Katolik, prawosławny, baptysta, zielonoświątkowiec, luteranin... Nieważne. Nieistotne. Nie tutaj. Złączone dłonie, wzniesione oczy i wspólne wołanie „Christe eleison!” – oto cud odnowy ekumenizmu kwitnącego w Taizé już od dziesiątków lat. Podłoga, na której właśnie siedzę co dnia wita stopy stąpające na co dzień po wszystkich zakątkach Ziemi. Aby byli jedno! Oto są! A przynajmniej starają się być! Jezu, spójrz! Te małe łódeczki chrześcijańskich odłamów powoli zbliżają się do naszej Piotrowej Barki... Powoli, niezgrabnie stajemy się jednym Kościołem! Twoim Kościołem...

 

Piszę te słowa i... cieszę się. Po prostu cieszę się, że tu jestem, że mogę być tu i oddychać Chrystusem obecnym w Kościele Bożym, który tworzą wszyscy ochrzczeni. To ostatnia noc tutaj... Przed jutrzejszym powrotem do Polski staram się zapamiętać każdy dźwięk, który cicho rozpływa się po kościele, każdy wzrok pełen uwielbienia i wdzięczności, każdy powiew spokoju, który daje nadzieję...

 

Pojutrze minie czwarty rok, odkąd Brat Roger zginął z ręki Luminity Solcanu, nieszczęśliwej, szalonej Rumunki, która nożem zgasiła płomień, który rozpalił piękno tego miejsca. Ale w miejscu gdzie przed czterema laty umierał dobroduszny, siwy staruszek w białym habicie dziś nikt się nie smuci. Na jego miejscu siedzi następca, który będzie kontynuował dzieło pojednania chrześcijan. Taizé żyje wciąż miłością tak jak żyje Kościół, Mistyczne Ciało Tego, który „raz powstawszy z martwych już więcej nie umiera”.

 

Siedzę na podłodze i wpatruję się w światło świec...

I wciąż ciepło...

I wciąż ciche śpiewy...

I wciąż te ikony...

I wciąż rozmowy z braćmi...

I wciąż spowiadający się ludzie...

I wciąż...

...i wciąż połyskują stuły...

KOMENTARZE

Imię

E-mail