


Frank Kaleb Jansen, tłumaczenie: Małgorzata Alexandrowicz
Nigdy nie zapomnę tego dnia, w którym mój mały świat zatrzymał się w biegu, by następnie zmienić kierunek rotacji. Był koniec maja 1981 roku. Bez umawiania się i ostrzeżenia, nagle pojawili się w moim biurze Gosia (Małgorzata Alexandrowicz) i Vegard (Vegard Kaspersen) przyjaciel z Misji za Żelazną Kurtyną (obecnie Norweska Misja na Wschodzie).
“Frank Kaleb Jansen musiał przemyśleć, przemodlić i przespać swoją decyzję o zostawieniu własnej firmy dla czegoś tak dziwnego, jak motywowanie norweskich protestantów do ogromnej pomocy dla katolików w Polsce...” Małgorzata Alexandrowicz („Oaza” nr 22)
Prosta kalkulacja
Moja firma, koreańskie biuro pośrednictwa handlowego - kwitła. Miałem w niej 50% udziału i na co dzień byłem również jej szefem. Czasu miałem mało. Gosia i Vegard nie przejmowali się tym. Ich sprawa była „z innego świata”.
Trzeźwo, bez wielkich słów, ta szczupła, blada polska studentka, władająca zaskakująco dobrym norweskim, opowiadała mi, że Ruch Światło-Życie zaplanował już swoje zwyczajowe letnie obozy-rekolekcje na południu Polski. Tego lata spodziewano się 50.000 uczestników. Władze wymyśliły tymczasem skuteczny sposób zastopowania rekolekcji. Kartki żywnościowe były ważne wyłącznie w miejscu zameldowania. Stąd też oazy potrzebowały 250 ton żywności, to jest 10 pełnych ciężarówek-trailerów. Gosia miała nawet przy sobie szczegółową listę - zestaw rodzajów produktów i potrzebnych kilogramów sera, kiełbasy, makaronu, itp.
Z niedowierzaniem wpatrywałem się w listę. Prosta kalkulacja mówiła mi, że to było nie do zrobienia. Za nieco ponad miesiąc zaczynały się letnie wakacje i czas pierwszych turnusów oazowych. Poziom aktywności w norweskich kościołach i parafiach też już opadał w związku z nadchodzącym latem. Osobiście oczywiście nie miałem środków na sfinansowanie czegoś takiego. Na dodatek dochodziły wszystkie praktyczne trudności z zakupem, transportem, biurokracją i „zamkniętą” Polską pełną politycznego napięcia. Nawet z dnia na dzień nikt nie był w stanie przewidzieć, jak miała rozwinąć się wojna nerwów między rządem, „Solidarnością” i Kościołem.
Nietrudno mi przyszło wyjaśnić im dlaczego było to nie do przeprowadzenia. Prawie nie zauważyłem rozczarowania, jakby z rezygnacją oczekiwali odmowy. W ciszy opuścili moje biuro.
Słowa czytane wielokrotnie
Tego popołudnia Bóg przemówił do mnie. W drodze między dwoma spotkaniami handlowymi usłyszałem w moim wnętrzu władczy głos: „Ty daj im jeść!”. Te same słowa czytałem wielokrotnie w Piśmie świętym, w opowiadaniu o tym, jak Jezus nakarmił 5.000 osób na pustyni. Zatrzymałem auto, otworzyłem Pismo święte i na nowo przeczytałem ten tekst. Teraz chodziło o mnie, teraz to mnie On wołał i nakazywał!
Reszta tej historii jest ogólnie znana. Cud stał się ponownie.
Drugiego dnia pierwszego turnusu oaz, kiedy poprzywożone z domów zapasy były na ukończeniu, przybył do Krościenka 25-tonowy transport. Radość i pieśni uwielbienia z powodu otrzymanej odpowiedzi na modlitwy zaskoczyły dziennikarza i fotografa z „Dagbladet” (popularna, krytyczna wobec Kościoła norweska gazeta), którzy dostali wizy, aby być świadkami dalszych losów transportu. W dniu, kiedy pierwsze strony europejskich gazet pełne były irańskiego zamachu na Chomeiniego, zamachu, w którym zginęło lub zostało rannych 32 ministrów i współpracowników dyktatora, w tym właśnie dniu „Dagbladet” wypełniła pierwszą, tytułową stronę zdjęciami cieszących się i wdzięcznych Polaków.
Zmiana kierunku rotacji
Opuściłem swoją pracę w firmie i stałem się pełnoetatowym ambasadorem sprawy polskiej. Z Gosią w roli sekretarki i „adoptowanej córki” wypełnialiśmy w ciągu najbliższych miesięcy norweskie gazety wiadomościami z Polski. Akcja objęła wkrótce kręgi chrześcijan w Szwecji i w Danii. „10 ciężarówek” rozmnożyło się do 240 z samej tylko Norwegii, a prośba Ojca Blachnickiego stała się błogosławieństwem nie tylko dla jednego, lecz dla dwóch narodów. Norwedzy doświadczyli bowiem błogosławieństwa w równej mierze z Polakami. A ja nigdy już nie byłem ten sam.
Ojciec Blachnicki, kiedy spotkałem go po raz pierwszy, a było to pod koniec ostatniego turnusu oaz tego lata, popatrzył mi prosto w oczy i powiedział: „Kaleb, dziękuję za żywność, ale przede wszystkim potrzebujemy Słowa Bożego. Czy możesz przesłać nam milion egzemplarzy Pisma świętego?”.
Milion Biblii
Myślałem, że się przesłyszałem. Wiedziałem, co to znaczy szmuglować Biblię. Ryzyko, koszta i problemy dystrybucyjne były olbrzymie, nawet gdy chodziło tylko o kilkaset sztuk Nowego Testamentu. Wiedziałem też, że od roku 1599 w sumie wydrukowano w Polsce około 750.000 Biblii. (Przyp. tłum.: Nie wiem na czym autor opiera te dane). A tu ten starszawy i dość kontrowersyjny ksiądz, w niepozornym miasteczku, prosi mnie, pewnie równie kontrowersyjnego brata z małej zielonoświątkowej parafii w Norwegii, o więcej niż podwojenie dystrybucji Biblii w Polsce. Co więcej, wymagałoby to zmiany przepisów prawnych ze strony władz komunistycznych i błogosławieństwa Kościoła co do tego, by ludzie świeccy rzeczywiście zaczęli czytać Pismo święte. Z wahaniem obiecałem, że będę się w tej sprawie modlił. I na tej podstawie zrodziła się przyjaźń i braterstwo na resztę życia. Rozsadzająca wszelkie granice wiara w to, że dla Boga nie ma nic niemożliwego i że prawo do Pisma świętego, do Słowa Bożego, jest podstawowym prawem ludzkim, ta wiara stała się fundamentem, na którym budowaliśmy nasz ekumeniczny kontakt.
Pod hasłem „Biblia 82 - Polen - 1.000.000” w ciągu dwóch lat przetransportowałem do Polski milion czterysta tysięcy Biblii. Kościoły wypełniały się czytającą Pismo święte, wierzącą młodzieżą. Potęga komuuizmu była złamana i Słowo Boże jak słońce wschodziło nad krajem.
Prawdziwie ekumeniczny
Prawdziwie katolicki
Założony przez Ojca Blachnickiego Ruch Światło-Życie był równie prawdziwie ekumeniczny, jak i prawdziwie katolicki. Podczas licznych z nim spotkań, także już później, gdy musiał prowadzić dalszą walkę z emigracji w Carlsbergu w Niemczech, snuliśmy wspólnie nasze marzenia.
„Tak, wiem, że jesteśmy różnych wyznań”, mówię. I one pozostaną różne. Ale dla tych, których umysł zwrócony jest ku górze nasza wędrówka wygląda jak zdobywanie szczytu. Nie zawsze wiemy o sobie nawzajem, kiedy tak idąc z różnych stron męczymy się wchodzeniem pod górę. Ale im bliżej celu, tym bliżej jesteśmy siebie nawzajem. Tak jest i w Królestwie Bożym. Im bardziej jesteśmy zwróceni ku Bogu i zanurzeni w Jego Słowie, tym bliżej jesteśmy siebie nawzajem, jako bracia i dzieci tego samego Ojca”.
„Twój Kościół ma prawie 2000 lat, mój prawie 100” mówiłem mu pół żartem, „ale nie zapominaj, że także twój Kościół zaczął się kiedyś jako zielonoświątkowy ruch Ducha Świętego!”. W takich chwilach śmialiśmy się razem i opowiadaliśmy jeden drugiemu przeróżne historie, które nigdy nie przybierały formy kazań, czy sztucznie duchowych wzajemnych napomnień. Także poczucie humoru stało się wspólną wartością, która pomagała nam obu znosić niezrozumienie a nawet i prześladowanie ze strony własnych współwyznawców. Nie wszyscy w parafii zielonoświątkowej i nie wszyscy w Kościele polskim byli równie zachwyceni aktywnością tych dwóch „nieregularnych”.
Z tych prób i trudności wyrosła też przyjaźń z księżmi, biskupami i kardynałami w Kościele Katolickim. W chwilach, kiedy moi ewangeliccy przyjaciele pytająco przyglądają się fotografii papieża ze mną, wiszącej w moim biurze, czuję się dumny i szczęśliwy mogąc powiedzieć: „Tak, spotkałem się z nim i stoimy na tym samym gruncie wiary, na Słowie Bożym i modlimy się za siebie nawzajem! Otrzymałem od niego dwa listy i nazywam go bratem!”.
A wszystko dzięki gigantowi wiary, który musiał umierać na obczyźnie i jego wysłanniczce, młodej studentce o imieniu Gosia.
Pełen czci i wdzięczności za to, że dane mi było znać brata Franciszka, dziękuję.
Ps.
W dniu kiedy przed Tronem zabrzmi pieśń z każdego języka, ludu i narodu, zmieszam mój norweski z językiem, którego nigdy nie miałem okazji poznać, lecz który tak dobrze rozpoznaję. Ze swojej pielgrzymki przyjdą śpiewając „Królem Bóg”, przyjdą z Warszawy, Krakowa, Poznania, Krościenka i Carlsbergu. I chociaż w niebie nie ma łez, będę płakał z radości śpiewając razem z nimi. Niech Bóg błogosławi Polsce!