


Aleksandra Sowa-Zduńczyk /Jezus.com.pl
Kiedy w 1812 roku do jednego z niższych seminariów duchownych we Francji zapukał młody, schorowany i niezbyt zdolny chłopak, nikt nie przypuszczał, że właśnie on wkrótce nawróci tysiące ludzi, a z czasem stanie się wzorem i podporą dla duchowieństwa całej Europy.
Rewolucja Francuska to jeden z najczarniejszych okresów w historii. O swoje życie nie mógł być spokojny nikt, a zbrodnie dokonywane przez poszczególne grupy społeczne i polityczne były wyjątkowo okrutne. Właśnie w tym czasie, w roku 1799, w małej wiosce Dadilly koło Lyonu, grupa ludzi zebrała się w starej opuszczonej szopie. Kilkanaście osób wraz z dziećmi, w uroczystym nastroju i konspiracyjnym milczeniu czekało na rozpoczęcie uroczystości. Każdy szmer, który dochodził spoza zasłoniętej wozem z sianem bramy pomieszczenia budził niepokój... Po chwili zjawił się kapłan i zaczął odprawiać Mszę Świętą. Z powodu sytuacji w kraju nie mógł tego robić oficjalnie, kościoły zostały pozamykane, a religia chrześcijańska zakazana. Wierni organizowali potajemne spotkania i modlitwy. Wśród zgromadzonych w szopie był pewien 13-letni chłopiec o imieniu Jan. Na jego twarzy malowało się wielkie przejęcie podniosłym momentem. To właśnie dzisiaj, tutaj, miał po raz pierwszy przyjąć Komunię Świętą.
Od tamtego dnia minęło 13 lat, kiedy Jan, wówczas już młody, 26-letni mężczyzna zapukał do drzwi niższego seminarium duchownego w Ecully. Został przyjęty i rozpoczął naukę. Wkrótce okazało się, że nowy uczeń nie rokuje wielkich nadziei. Jan przez ostatnie 13 lat miał bardzo trudne warunki do rozwoju własnego. Mimo, że Wielka Rewolucja Francuska dobiegła końca w 1799 roku, sytuacja w kraju nadal była trudna. Szkoły parafialne długo były zamknięte, dlatego Jan nauczył się czytać dopiero w wieku 17 lat. W międzyczasie przeszedł też ciężką chorobę, która na dłuższy okres uniemożliwiła mu naukę. Z powodu złego przygotowania i słabego zdrowia nauka w seminarium przychodziła mu bardzo ciężko. Nauczyciele próbowali przekonać go, by opuścił szkołę i zajął się czymś innym. Jan chyba doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich zdolności i marnego poziomu wiedzy, dlatego też był gotowy faktycznie zrezygnować z seminarium. Czuł jednak, że jego powołaniem jest służyć Bogu i być całkowicie Jemu oddanym, dlatego postanowił wstąpić do zakonu. Powstrzymał go jego proboszcz, który wstawił się za nim w seminarium i przekonał wykładowców, że powinni dać mu jeszcze szansę. Jan wykorzystał ją bardzo skrupulatnie - robił co mógł, by skończyć seminarium i zostać księdzem. Udało mu się to, choć z wielkim trudem i tylko dzięki przychylności władz kościelnych. W tym okresie bardzo brakowało kapłanów, więc każdy, kto tylko chciał oddać swoje siły i serce dla służby w Kościele był cenny. Jan przyjął święcenia kapłańskie w 1815 roku.
Młody ks. Jan w krótkim czasie trafił jako kapelan do kościółka w małej wiosce Ars-en-Dembes. Próbuję go sobie tam wyobrazić... Miał niewiele ponad 30 lat, głowę pewnie pełną ideałów, które wyniósł z seminarium, serce rozpalone gorliwością i chęcią służenia Bogu. Z tym wszystkim trafia do miejsca, gdzie w kościele na niedzielnej Eucharystii jest zaledwie kilka osób. Kościół nie jest nawet parafią ze względu na małą ilość wiernych. Wioskę zamieszkuje około 230 osób, a większość z nich jest zupełnie obojętna na sprawy Boże, ich wiara właściwie dogasa. Myślę, że z podobnym obrazem spotykają się i dzisiaj młodzi księża, tylko ze względu na rozwój miast, w nieco większej skali. Obojętność mieszkańców Ars przypomina postawę wielu dzisiejszych ludzi, którzy mimo, że teoretycznie są chrześcijanami, sercem są już hen, hen daleko od Boga - żyją własnym życiem, jakby Go nie było. Taki obraz zobaczył też ks. Jan. Podziwiam go, że w tamtym momencie nie zwątpił, nie uciekł. Trzeba też sobie przypomnieć, że nie był on szczególnie zdolny i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest „wybitnym umysłem”...
40 lat później, w sierpniu 1859 roku, w bardzo znanej we Francji miejscowości Ars-en-Dembes, którą odwiedzało regularnie około 80 000 osób, odbył się pogrzeb proboszcza tutejszej parafii - ks. Jana Vianney'a. Wzięło w nim udział ok. 300 kapłanów i ponad 6000 wiernych. Zmarły w wieku 73 lat ksiądz już wtedy powszechnie był uznawany za świętego.
Jak do tego doszło? Co się wydarzyło w ciągu tych 40 lat? Ksiądz Jan powoli wchodził w środowisko Ars. Dawał tutejszym ludziom to, co mógł - nie wyjątkową mądrość, czy umiejętność błyskotliwego wyjścia z każdej sytuacji, ale właśnie swoją prostotę i otwarte serce. Godziny spędzał przed Najświętszym Sakramentem, modląc się za tych, których Pan Bóg mu powierzył. Bardzo często też pościł i wszelkie wyrzeczenia i trudności, z którymi się borykał, oddawał Bogu w intencji wiernych z Ars. Zaczął się z nimi po prostu zaprzyjaźniać, dzięki swojej prostocie potrafił stać się jednym z nich. Nawet dla tych kilku osób w kościele głosił kazania - proste i nawiązujące do problemów słuchaczy. Kiedy w wiosce otwarto szkołę, zaczął tam nauczać religii. Z czasem tym wszystkim przyciągał ludzi do kościoła, zaczęli się nawracać, przede wszystkim dzięki modlitwie ks. Jana. Z czasem biskup zdecydował się stworzyć parafię w Ars. Ks. Vianney został jej proboszczem. Dawał z siebie wszystko, co mógł. Miał też momenty kryzysowe - kiedyś uciekł nawet do klasztoru, bo widział, jak wielu ludzi jeszcze jest daleko od Boga - nie chciał ponosić odpowiedzialności za nich, a nie mógł już nic więcej zrobić. Biskup wezwał go jednak z powrotem i nie pozwolił się odizolować od wiernych. Coraz więcej osób też przychodziło do spowiedzi do ks. Jana. Spędzał całe dnie w konfesjonale. Z czasem wieść o oddaniu i wielkim świadectwie wiary proboszcza z Ars rozeszła się po całej Francji. Przyjeżdżali się u niego spowiadać ludzie z różnych stron kraju, łącznie z paryskimi elitami. Już po 10 latach w Ars liczba ludzi, którzy przychodzili słuchać ks. Jana wzrosła do 20 000, a pod koniec jego życia było ich ok. 80 000. Trudno ocenić jak wiele dobrego zrobił i ilu ludzi zdołał nawrócić i przyciągnąć do Boga. Kapłan przez lata był nękany przez szatana, który wszelkimi możliwymi sposobami starał się go wystraszyć i złamać. Bezskutecznie. Do końca życia ks. Jan pozostał wierny Bogu i Jego miłości. Modlił się i pościł do końca w intencji nawrócenia tych, którzy do niego przychodzili.
Skąd czerpał tyle siły? Myślę, że bardzo mocno wziął sobie do serca słowa o odpowiedzialności pasterskiej, która spoczywała na nim. Czuł się odpowiedzialny za zbawienie każdego swojego parafianina, każdego, komu mógł służyć jako kapłan. Tak głęboko i mocno zakorzeniło się to w jego sercu, że nie poddawał się chyba nigdy. To, że właśnie jemu Pan Jezus powierzył część swoich owiec, nie była dla niego przenośnią, czy sloganem. Z właściwą sobie prostotą i oddaniem, przyjął te słowa z całym ich ciężarem.
Dzisiaj przez Kościół Katolicki Proboszcz z Ars uznawany jest oficjalnie za świętego. Papież Benedykt XVI ogłosił go również patronem Roku Kapłańskiego, który rozpoczął się w czerwcu. Św. Jan Maria Vianney jest patronem kapłanów. Oby był dla wszystkich współczesnych księży również wzorem do naśladowania, zwłaszcza w poczuciu odpowiedzialności za powierzonych sobie wiernych. Jego prośmy też, by będąc już w niebie błagał Boga o łaski potrzebne kapłanom i sami nie zapominajmy o modlitwie za nich.