


Michał Nolywajka
A gdyby tak dziś ktoś ci powiedział, że wszystkie twoje plany są już nieaktualne? Gdyby okazało się, że wszystkie starania, plany, nadzieje na przyszłość i mądre kalkulacje są śmiesznie niepotrzebne? Gdybyś dowiedział się, że należy szybko pozałatwiać wszystkie sprawy z najbliższymi i nie odkładać ich na wieczne „potem”, bo tego „potem” najzwyczajniej już nie będzie? Nie będzie, ponieważ umrzesz, i stanie się to szybciej, niż kiedykolwiek zdarzało ci się przypuszczać...
Wszyscy, przebywający w hospicjum mają już ten etap za sobą. I chociaż ludzka psychika wykształciła wiele sposobów reagowania na tą prawdę, osoby korzystające z pomocy hospicjum wiedzą doskonale, że za progiem tego wyjątkowego domu nie czeka wyzdrowienie, ale całkiem inna i niewyobrażalnie inna rzeczywistość.
Bardzo trudno jest oddać w słowach to, czego doświadcza się, towarzysząc komuś najbliższemu na tym ostatnim etapie ziemskiego życia. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić rozpaczy, jaka musi ogarniać w takich sytuacjach osoby niewierzące w Chrystusa. Jeśli można podzielić się moim własnym świadectwem, to towarzyszyły mi w zasadzie dwie myśli. Po pierwsze sytuacja prowadziła do odpowiadania sobie na radykalne pytania. Mam wiarę, czy nie? Być może jest to tylko udawanie przed innymi i samym sobą? Jeśli mam wiarę i chcę iść za Jezusem, to całe otaczające i w jakiś sposób dotykające i mnie cierpienie ma sens, a zatem nie ma miejsca na rozpacz, załamanie, bezowocne pytania dlaczego i po co... Po drugie jeśli Syn Boży stał się do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu a także dobrowolnie obarczył się naszym cierpieniem, to tylko On wie dokładnie, co się dzieje. Ja mogę w padać w panikę, gubić się i myśleć, że już nie wiem, co dalej. On nie traci kontroli nas rzeczywistością. On wie i rozumie nawet wtedy, gdy w bezradności i poczuciu zagubienia nie wiem już co robić, co mówić, jak się zachować. Gdy nasze ludzkie pomysły okazują się być coraz bardziej nieskuteczne, widać wyraźnie, w kim można złożyć całą nadzieję.
Czymś absolutnie wzruszającym i dającym do myślenia jest bezinteresowna pomoc osób pracujących w hospicjum. Lekarze, pielęgniarki, wolontariusze, osoby pragnące pomóc w taki sposób, w jaki najlepiej potrafią... Wszyscy oni sprawiają, że można poczuć się tam jak w domu, jak u siebie, bez anonimowości i częstego braku szacunku dla cierpienia, których niestety często można doświadczyć w szpitalu.
Czy śmierć jest czymś, co można sobie jakoś wytłumaczyć? Jakoś się z nią pogodzić? Bardzo denerwują mnie napisy, które czasami można przeczytać na nagrobkach: Bóg tak chciał. Nie! On tego nie chciał. Nie taki był Jego pierwotny plan, nie takie jest nasze powołanie. Biblia mówi wyraźnie, że śmierć weszła na świat przez zawiść diabła. Tak wierzymy, tak naucza Kościół, więc wmawianie sobie, że śmierć jest wolą Boga, jest nieporozumieniem. On przecież jest Panem życia! Gdyby chciał naszej śmierci, to Zmartwychwstanie byłoby jednym wielkim absurdem! Dlaczego więc choroby i cierpienie? Ostatecznie pozostanie to tajemnicą znaną tylko Bogu, ale przywołany na początku fragment listu św. Jana stawia cierpienie w niezwykłej perspektywie. Kto, jeśli nie wyniszczeni walką z okropną chorobą są bardziej podobni do umęczonego i słaniającego się pod ciężarem krzyża Chrystusa? Kto, jeśli nie oni doznają potężnego oczyszczenia już tu, na ziemi? Czyż nie są podobni do Niego? Komu więc, jeśli nie im wybiegnie natychmiast na spotkanie zniecierpliwiony Ojciec?