


Adam Dylus /Jezus.com.pl
Tekst wystąpienia wygłoszonego na Ekumenicznych Dniach Biblijnych zorganizowanych w dniu 14.05.2007 r. przez Krakowski Oddział Polskiej Rady Ekumenicznej oraz Papieską Akademię Teologiczną w Krakowie.
Bardzo serdecznie dziękuję za zaproszenie i możliwość podzielenia się moim świadectwem. Jestem trochę onieśmielony obecnością tak dostojnych gości, którzy mogliby powiedzieć o samej Biblii, teologii, historii Kościoła stokroć więcej niż ja. Muszę bowiem przyznać, że wciąż jestem początkującym Bibliofilem (przepraszam za tak przewrotne użycie tego sformułowania rozumianego w tym przypadku jako przyjaciel Biblii – z gr. Philos – przyjaźń...).
Wielu obecnych tutaj gości może zapytać – skąd się wzięło moje zamiłowanie do Słowa Bożego?
Wiedząc, że nic nie bierze się samo z siebie, wymieniłbym kilka spraw mających wpływ na to, że w ogóle Słowo Boże mogę czytać i je rozważać.
Po pierwsze należałoby podkreślić, że dzięki Bogu, żyjemy w kraju w którym nie ma prześladowań, a Biblia jest na półce w każdym lub prawie każdym domu (inna sprawa czy nie jest tak, że stojąc na tej półce jest zapomniana i zakurzona).
Po drugie, stosując w pewien sposób scholastyczne twierdzenie: „Gratia supponit naturam” (łaska zakłada naturę), można by powiedzieć, że do czytania, studiowania i rozważania Biblii potrzebny jest pewien sprzyjający klimat.
Sądzę, że właśnie ten klimat został bardzo mocno „ocieplony” przez Ojców soborowych zgromadzonych na Soborze Watykańskim II, którzy bardzo mocno podkreślili rolę Pisma Świętego zarówno w życiu Kościoła, jak i poszczególnych wierzących.
Dość czytelnym znakiem tego był już sam przebieg sesji soborowych rozpoczynających się od uroczystej intronizacji Pisma Świętego.
Jednym ze znaczących dokumentów SW II była m.in. Konstytucja o Objawieniu Bożym (Dei Verbum), która stwierdzała w rozdziale VI (pkt 21):
„Kościół miał zawsze we czci Pisma Boże, podobnie jak samo Ciało Pańskie, skoro zwłaszcza w Liturgii św. nie przestaje brać i podawać wiernym chleb żywota tak ze stołu słowa Bożego, jak i Ciała Chrystusowego. Zawsze uważał i uważa owe Pisma zgodnie z Tradycją świętą, za najwyższe prawidło swej wiary, ponieważ natchnione przez Boga i raz na zawsze utrwalone na piśmie przekazują niezmiennie słowo samego Boga, a w wypowiedziach Proroków i Apostołów pozwala rozbrzmiewać głosowi Ducha Świętego. Trzeba więc, aby całe nauczanie kościelne, tak jak sama religia chrześcijańska, żywiło się i kierowało Pismem św. Albowiem w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę. Tak wielka zaś tkwi w słowie Bożym moc i potęga, że jest ono dla Kościoła podporą i siłą żywotną, a dla synów Kościoła utwierdzeniem wiary, pokarmem duszy oraz źródłem czystym i stałym życia duchowego. Stąd doskonałe zastosowanie ma do Pisma św. powiedzenie: „żywe jest słowo Boże i skuteczne” (Hbr 4,12), które „ma moc zbudować i dać dziedzictwo wszystkim uświęconym” (Dz 20,32, por. 1 Tes 2,13)”.
Z tych stwierdzeń rodziło się kolejne zalecenie, sformułowane w pkt 22 tejże konstytucji:
„Wierni Chrystusowi winni mieć szeroki dostęp do Pisma św. Z tej to przyczyny Kościół zaraz od początku przejął, jako swój, ów najstarszy grecki przekład Starego Testamentu, biorąc nazwę od siedemdziesięciu mężów, a inne przekłady wschodnie i łacińskie, zwłaszcza tzw. Wulgatę, zawsze ma w poszanowaniu. A ponieważ słowo Boże powinno być po wszystkie czasy wszystkim dostępne, Kościół stara się o to z macierzyńską troskliwością, by opracowano odpowiednie i ścisłe przekłady na różne języki, zwłaszcza z oryginalnych tekstów Ksiąg świętych”.
Przy okazji pozwolę sobie wyrazić wielką radość dostępnością różnych tłumaczeń Pisma Świętego, również tą pracą która jest podejmowana w gronie ekumenicznym, a której owocem jest wydany już Przekład Ekumeniczny Nowego Testamentu.
Zalecenia sformułowane na Soborze Watykańskim II znalazły też swoje odzwierciedlenie w wydanym Katechizmie Kościoła Katolickiego, który mówi:
„131. Tak wielka tkwi w słowie Bożym moc i potęga, że jest ono dla Kościoła podporą i siłą żywotną, a dla synów Kościoła utwierdzeniem wiary, pokarmem duszy oraz źródłem czystym i stałym życia duchowego. Wierni Chrystusowi powinni mieć szeroki dostęp do Pisma świętego.
132. Niech przeto studium Pisma świętego będzie jakby duszą teologii świętej. Tymże słowem Pisma świętego żywi się również korzystnie i święcie się przez nie rozwija posługa słowa, czyli kaznodziejstwo, katecheza i wszelkie nauczanie chrześcijańskie, w którym homilia liturgiczna winna mieć szczególne miejsce.
133. Kościół usilnie i szczególnie upomina wszystkich wiernych, aby przez częste czytanie Pisma świętego nabywali «najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa» (Flp 3, 8). «Nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa» (św. Hieronim)”
2653. Kościół usilnie i szczególnie zachęca wszystkich wiernych... by przez częste czytanie Pisma świętego nabywali «wzniosłego poznania Jezusa Chrystusa»... Czytaniu Pisma świętego powinna towarzyszyć modlitwa, by nawiązywała się rozmowa między Bogiem a człowiekiem, gdyż «do Niego zwracamy się, gdy się modlimy, to Jego słuchamy, gdy czytamy Boskie wypowiedzi»
Dlaczego tak szeroko o tym wszystkim mówię?
Wydaje mi się bowiem, że powyższe dokumenty i zalecenia kształtowały klimat ważnej roli Pisma Świętego w życiu Kościoła, który wreszcie doprowadził również mnie do rozpoczęcia przygody z Biblią.
Pozwolę sobie jednak w tym miejscy zauważyć, że nawet najlepszy klimat nie zawsze musi mieć wpływ na konkretne osoby. Można by to porównać z próbą opalenia się w promieniach słońca… nie wychodząc z domu. Cóż z tego, że na zewnątrz się ociepla i coraz piękniej świeci słońce, jeśli zamknę się w czterech ścianach własnego mieszkanka?…
Chyba również w moim przypadku, nic by się nie zmieniło w moim podejściu do Biblii, gdyby nie ważne wydarzenie, które diametralnie zmieniło moje zapatrywania.
Pozwolę sobie o nim trochę opowiedzieć.
Było to na wczasach dla rodzin chrześcijańskich w roku 1992.
Pojechałem na te wczasy bardzo mocno pokiereszowany duchowo przez różne doświadczenia. Z jednej bowiem strony wciąż byłem praktykującym katolikiem, od kilku lat żonatym, z dwójką malutkich wtedy dzieci.
Z drugiej strony coraz mocniej przeżywałem porażki zarówno w mojej relacji z Bogiem (moja modlitwa była bardzo schematyczna i nic nie wnosiła w moje życie), jak i w relacjach z moją żoną, które (mimo najszczerszych obietnic i wysiłków) dalekie były od ideału.
W tych wszystkich dziedzinach doświadczałem tak dużej frustracji i porażek, które nawet doprowadziły na skraj rozpadu nasze małżeństwo.
Jako ostatni ratunek dla naszego związku przyjaciele z naszej dawnej wspólnoty „wysłali nas” na wspomniane już wyżej wczasy dla rodzin chrześcijańskich.
Na tych wczasach spotkałem „dziwnych” wtedy dla mnie ludzi. Były to osoby wykonujące różne zawody, reprezentujące różny poziom wykształcenia i różny status materialny.
Każda z tych osób była jednak żywo zaangażowana w modlitwie, z której czerpała jakąś dziwną radość i pokój. Każda z tych osób była zafascynowana lekturą Pisma Świętego, które, jak wielokrotnie podkreślali, stawało się wyznacznikiem dla wszystkich sytuacji i decyzji jakie podejmowali w życiu.
Na początku, trudno mi było odnaleźć się w takim środowisku.
Z drugiej jednak strony widziałem tych ludzi wypełnionych Bożym pokojem, podczas gdy ja, w tym samym czasie miotałem się i walczyłem z różnymi problemami (w dodatku najczęściej bezskutecznie). Kiedy więc podczas jednej z modlitw wieczornych prowadzący te wczasy zaproponował, aby „osoby które nie potrafią sobie poradzić z sobą” zawierzyły swoje życie i wszystkie problemy Panu Jezusowi, poczułem, że jest to wezwanie skierowane szczególnie do mnie.
Wyszedłem więc na środek sali i w szczerej, krótkiej modlitwie, własnymi słowami poprosiłem Pana Jezusa, aby to on zajął centralne miejsce w moim życiu i poprowadził mnie w takich rozwiązaniach, jakie On przygotował dla mnie. Ta modlitwa miała miejsce 17 lipca 1992 r.
Po tylu latach mogę potwierdzić, że to wydarzenie stało się diametralnym zwrotem dla mojego życia.
Zaowocowało ono w różnych dziedzinach, począwszy od uzdrowienia naszych relacji małżeńskich, a skończywszy nawet na zmianie pracy.
To wydarzenie znacząco wpłynęło również na mój stosunek do Biblii.
Odtąd bowiem z coraz większą częstotliwością zacząłem czerpać z tej Księgi Ksiąg. Odkryłem wtedy również modlitwę brewiarzową (Liturgię Godzin), która jest przede wszystkim modlitwą Słowem Bożym. Poznałem, że jest to fascynujący sposób rozmowy z Bogiem, ponieważ nie zasypuję Go wtedy swoimi prośbami, lecz pozwalam, aby Jego Słowo przemieniało moje myślenie i patrzenie.
Rozpocząłem też naukę w internetowej Korespondencyjnej Szkole Biblijnej prowadzonej przez Ruch Nowego Życia, którą ukończyłem chyba 4 lata temu z pozytywną oceną, otrzymując od liderów tej szkoły propozycję prowadzenia innych w poznawaniu Pisma Świętego (w tej szkole do dzisiaj jestem nauczycielem).
Z drugiej strony coraz częściej chciałem opierać wszystkie moje wybory i decyzje pytając Pana o Jego wolę dla mnie.
Szczególnym czasem dotykania mojego życia przez moc Słowa Bożego były rekolekcje anamnezy (uzdrowienia wewnętrznego), prowadzone według metody ignacjańskiej we Wspólnocie Chemin Neuf („Nowa Droga” – katolicka wspólnota o powołaniu ekumenicznym).
Był to szczególny czas zatrzymania się, po to aby wsłuchiwać się w Słowo Boże.
Ono bowiem stanowi jakby centrum czasu rekolekcyjnego i w oparciu o nie dokonuje się codziennej medytacji pomagającej zrozumieć wolę Bożą.
Na początku tych rekolekcji wydawało mi się, że dwie półtoragodzinne sesje modlitewne z Pismem Świętym (z których każda jest oparta na medytacji kilku wersetów) są czasem zbyt długim. Zastanawiałem się co będę robił przez te półtorej godziny, ponieważ, jak sądziłem, rozważanie biblijne może mi zająć najwyżej 5-6 minut.
Byłem całkowicie zaskoczony łaską Bożą, kiedy już po pierwszej czy drugiej medytacji, czas wyznaczony na nią okazał się niewystarczający.
Treści, które Pan Bóg wlewał w moje serce poprzez pochylanie się nad Jego Słowem, sprawiły, że dosłownie zacząłem tonąć w bogactwie Jego łaski. Jego Słowo dotykało konkretnych sytuacji, na przykład bolesnych wspomnień z mojego dzieciństwa, w dodatku z taką mocą i intensywnością, że stawiało się to doświadczeniem prawie że dotykalnym, prawie fizycznie obecnym. Zatapiając się w Bożym Słowie odkrywałem jednak, że nawet w najtrudniejszych i najbardziej bolesnych dla mnie sytuacjach życiowych Bóg był ze mną.
Doświadczenie tych rekolekcji pozwoliło mi zrozumieć moje zranienia, często ciągnące się za mną jeszcze przez wiele lat. Słowo Boże przypomniało mi, że Bóg rzeczywiście pierwszy mnie umiłował i niezależnie od wszystkiego kocha mnie nieustannie. Zrozumienie tej rzeczywistości pozwoliło mi również wejść w sferę przebaczenia, doświadczyć nowej wolności wewnętrznej, a przede wszystkim jeszcze bardziej odkryć moją tożsamość w Jezusie.
W tej chwili moje trwanie przy Słowie Bożym realizuje się również w pisaniu rozważań dla jednego z portali internetowych. Ten codzienny „obowiązek” pozwala mi wciąż rozwijać przygodę odkrywania nowych treści zawartych w nieprzemijającym i nieomylnym przekazie Pisma Świętego.
Wiem też, że od czasu tej „większej zażyłości” z Pismem Świętym, pozytywnej zmianie ulega również moje życie. Widzę to chociażby poprzez zupełnie nowy poziom zrozumienia w relacjach z żoną, w porządkowaniu moich złych skłonności, w zmianie mentalności itp.
Mam nadzieję, że do końca mojego życia, będę kształtowany przez Słowo Boże, stając się dobrym świadkiem miłości Boga do człowieka zapisanej na kartach Pisma Świętego.