Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.

CHRZEŚCIJANIE

Obyś cudze dzieci... dobrze uczył!

Aleksandra Pietryga /Jezus.com.pl

 

Czy praca nauczyciela, to misja, której obraz nadal funkcjonuje w mentalności społecznej, czy raczej orka na ugorze, jak twierdzi wielu aktywnych zawodowo pedagogów? O tych i innych sprawach z Anią, Małgorzatą i Natalią - nauczycielkami „z powołania”, rozmawia Aleksandra Pietryga.

 

Naprawdę jesteście pedagogami „z powołania”?

 

Ania: Ja tak! Odkąd pierwszy raz przyszłam do szkoły, kiedy miałam siedem lat, wiedziałam, że chcę być nauczycielką i „uczyć dzieci literek” (śmiech). Życie trochę zweryfikowało moje marzenia, bo choć rzeczywiście uczę w klasach elementarnych, to dzisiejsze pierwszaki przychodząc do szkoły, z reguły potrafią już dobrze czytać i pisać. Ale to nieważne! Ważne, że robię to, co lubię. Uważam zresztą, że każdy człowiek to, co robi powinien lubić i robić to dobrze. Nieistotne czy rzecz dotyczy nauczyciela, lekarza czy maszynisty w pociągu. Wtedy taka praca jest nazywana „z powołania”.

 

Natalia: Nie wiem do końca, co oznacza wyrażenie „z powołania”. Jeśli chodzi o to, że to Pan Bóg właśnie chciał dla mnie pracy pedagoga szkolnego, to tak, myślę, że pracuję z powołania. Nie wiem czy zawsze przekłada się to na jakość mojej pracy, ale staram żeby tak było. Staram się wykonywać sumiennie swoje obowiązki i pomagać uczniom. Choć przyznam, że pracując w gimnazjum miałam już kryzys swojej pracy i myślałam o zmianie. Na razie mi przeszło.

 

Czy praca nauczyciela jest rzeczywiście taka trudna?

 

Małgorzata: Myślę, że nie jest trudniejsza od innych. Na pewno wymaga dużo cierpliwości, empatii i umiejętności nawiązywania relacji z młodymi ludźmi. Jak każdy zawód ma swoje dobre i gorsze strony. Fajnie, że są dwumiesięczne wakacje; fajnie, że z reguły jestem w domu przed 16stą, ale to tylko jedna strona medalu. Naprawdę nie jest łatwo czasem przebić się przez trzydziestkę rozkrzyczanych gimnazjalistów w trudnym wieku; nie jest prosto znaleźć z nimi wspólny język, jednocześnie zachowując autorytet wychowawcy. Praca nauczyciela to nieustanne dylematy moralne; jak być sprawiedliwym w wystawianiu ocen, jak nie skrzywdzić ucznia pochopnym oskarżeniem, np. o lenistwo, jak znaleźć złoty środek pomiędzy partnerstwem a spoufaleniem się z uczniami. To wszystko sprawia, że praca pedagogiczna wcale do najłatwiejszych nie należy.

 

Natalia: Dla mnie najtrudniejszą rzeczą jest jednak współpraca z rodzicami. Niestety w wielu przypadkach są mniej dojrzali, za to bardziej roszczeniowi od swoich dzieci. Przychodzą do szkoły z nieuzasadnionymi pretensjami, widzą problemy tam, gdzie ich nie ma, za to prawdziwych trudności nie chcą czy też nie potrafią dostrzec. To oczywiście przekłada się na zachowanie ich pociech; jeśli dziecko wie, że nauczyciel nie ma po swojej stronie matki lub ojca, będzie stawiało opór wychowaniu w szkole. Nie chcę generalizować, bo jest również wielu rodziców chętnie współpracujących ze szkołą, ale niestety wielu jest też takich, którzy traktują nauczyciela i pedagoga szkolnego, jak „zło konieczne”. W konsekwencji tak sam obraz wychowawcy mają uczniowie.

 

Ania: To prawda. Myślę, że czasem rodzice potrafią wyrządzić wiele krzywdy swoim dzieciom takim podejściem do współpracy z wychowawcą. Rodzic, który przy swoim dziecku nieustannie krytykuje pracę nauczyciela, często używając przy tym niewybrednych epitetów; który podchodzi do nauczyciela z góry nastawiony na: „mi i mojemu dziecku wszystko się należy”, a „ty ofiaro kaganka oświaty rób wszystko, żeby nam było lepiej”, taki rodzic daje naprawdę zły przykład, dziecko wychowywane w takiej atmosferze, wyrośnie na człowieka wiecznie niezadowolonego z rzeczywistości, mającego ciągłe pretensje do innych ludzi, skupionego na sobie egocentryka.

Jak zapobiec takiej sytuacji?

 

Natalia: Niestety, dorosłych ludzi trudniej jest wychować, o ile nie jest to całkiem niemożliwe. Zresztą nauczyciel nie jest upoważniony do takiej edukacji. Myślę, że jeśli nie pomaga spokojna, rzeczowa rozmowa z roszczeniowym, pretensjonalnym rodzicem, należy po prostu skupić się na pracy z dzieckiem, choć oczywiście bez współpracy z jego rodzicem czy opiekunem, sprawa jest na pewno utrudniona.

 

Małgorzata: Podczas zebrań z rodzicami moich wychowanków, staram się tłumaczyć jak ważna jest współpraca rodziców z nauczycielami, próbuję przekonać, że środowisko szkolne tworzą nie tylko uczniowie i nauczyciele, ale również rodzice. Czasem to pomaga, ale są również tak oporni rodzice, że nie chcą przyjąć takich prawd do świadomości. Nie wiedzą, że to działa tylko na szkodę ich dzieciom.

 

Czy często spotykacie się w rozmowach z zarzutami, że praca nauczyciela to przecież tylko 18 (czy 19 obecnie) godzin tygodniowo, do tego pełnopłatne długie wakacje, ferie i wiele wolnych dni w ciągu roku, że generalnie pracujecie krócej niż inni i w dodatku wciąż przyznają wam podwyżki?

 

Ania: Tak, te podwyżki i nauczycielska pensja to rzeczywiście największa motywacja (śmiech). A tak poważnie, to staram się nie wdawać w niepotrzebne dyskusje z osobami, które nigdy nie pracowały w szkole. Wiem, że jak ktoś się uprze, to i tak go nie przekonam. Ja wiem, że moja praca w szkole i wokół szkoły (przygotowanie materiałów dla moich uczniów, konspektów, uzupełnianie dziennika, itd.), wynosi o wiele więcej niż 18 godzin tygodniowo. I OK, wcale nie uważam, że jestem tym pokrzywdzona. Natomiast denerwuję się, kiedy ktoś wyciąga takie argumenty i próbuje przekonać mnie, że nauczyciel równa się próżniak.

 

Małgorzata: Praca nauczycielska, jak i każda inna w Polsce, mieści się w czterdziestu godzinach tygodniowo. Naprawdę, jeśli podliczyć ilość godzin spędzanych w szkole po zajęciach dydaktycznych, np. prowadząc kółka zainteresowań, które oczywiście nie są dodatkowo finansowane, układając i sprawdzając klasówki, testy, konspekty metodyczne, sprawozdania, itd., itd., często okazuje się, że tych godzin wychodzi jeszcze więcej niż czterdzieści. Ale, jako powiedziała Ania, sceptyków i tak nie przekona się do tego. Oni mają swoja rację i basta.

 

Z jakimi uczniami pracuje się najtrudniej?

 

Natalia: Gimnazjum to trudny wiek. Młody człowiek, jeszcze nie w pełni ukształtowany wychodzi ze szkoły podstawowej, zmieniając najczęściej całkowicie środowisko szkolne, Uważa się już za dorosłego, choć oczywiście nie jest takim jeszcze ani w świetle prawa, ani emocjonalnie. Próbuje przekonać cały świat o swojej dorosłości, jednocześnie nie radząc sobie za dobrze z samym sobą i hormonalną burzą, jaka w nim szaleje. Czasem obserwuję naszych uczniów i strasznie mi ich żal. Chciałabym pomóc im odnaleźć się w tej rzeczywistości, w jakiej się teraz znajdują, pokazać, jak odnaleźć spokój, żeby nie musieli już tak się miotać w sobie. Niestety, oni często odrzucają wszelką pomoc, uważają, że mają monopol na prawdę i sami sobie ze wszystkim poradzą. Nikogo nie można uszczęśliwić na siłę. Ale do nauczyciela i wychowawcy, szczególnie uczniów w gimnazjum, należy towarzyszyć swoim wychowankom, choćby tylko gdzieś z boku, cały czas będąc gotowym wyciągnąć pomocną dłoń, kiedy o nią poproszą. Uważam, że dojrzały nauczyciel nie może obrażać się na uczniów, że ci zawsze chcą radzić sobie sami, odrzucają autorytety i dobre rady. Czasem denerwująca postawa najtrudniejszego z uczniów, zawiera w sobie dramatyczne wołanie o pomoc.

 

Ania: Ja pracuję generalnie z maluchami, które są jeszcze bardzo wdzięczne i słodkie. Niestety znów często wychodzą błędy wychowawcze z domów rodzinnych; wiele dzisiejszych dzieciaków jest naprawdę rozpieszczonych, zawsze dostawały to, co chciały, rodzice bądź dziadkowie we wszystkim im ustępowali, mają trudności z pracą w grupie, nie potrafią się dzielić. To oczywiście utrudnia pracę pedagogiczną, ale najbardziej żal mi samych tych dzieci. Kiedy wśród najbliższych jest się pępkiem świata, kiedy wszystko, czego chcę, natychmiast jest mi przyznawane, zderzenie z realnym światem, gdzie nie wszystko jest wyłącznie na moje potrzeby, bywa bardzo brutalne. Ludziom w dzieciństwie przyzwyczajonym do samolubstwa i egoizmu, trudniej funkcjonować w późniejszym życiu i odnaleźć się w twardych regułach rządzących światem. Staram się im pomóc, nauczyć widzieć więcej, niż tylko końcówkę własnego nosa, ale jeśli nie mam tu wsparcia w rodzicach lu opiekunach, a raczej z ich strony obrywa mi się za próby wychowywania ich pociech, moje wysiłki nie mogą być wyjątkowo owocne. Poza tym do klasy dostaję dzieci już po siedmiu czy sześciu latach nieustannego rozpieszczania. To dość długi okres wychowawczy, a jak wiadomo do zbytków i dobrobytu łatwo się przyzwyczajamy. W drugą stronę - o wiele trudniej.

 

Małgorzata: Nie lubię kłamstwa i krętactwa. Jestem w stanie zrozumieć, że uczeń nie przygotował się do zajęć z jakiegoś powodu, jestem w stanie przyjąć nawet, że mu się nie chciało. Trudno, wszyscy mamy cięższe dni. Ale kłamanie w żywe oczy, próby wmówienia mi, że to ja nie oddałam zeszytu z napisanym wypracowaniem, kiedy po prostu fizycznie nigdy go nie było, powodują we mnie reakcję alergiczną. Nie znoszę też chamstwa ze strony uczniów, zresztą z żadnej innej strony również. Doceniam poczucie humoru, próby rozładowania ciężkiej atmosfery dobrym dowcipem, ale to nie to samo, co zachowanie wulgarne, obcesowe, po prostu chamskie. Na tym punkcie jestem szczególnie wrażliwa.

 

Których nauczycieli same pamiętacie najlepiej ze swoich szkolnych lat?

 

Małgorzata: Na pewno takich, którzy jakoś wpisali się w historię mojego życia. Myślę, że ja sama nie należałam do uczennic, które wpisują się w historię szkoły czy pracy konkretnych nauczycieli; nie byłam ani super uzdolniona, ani bardzo problemowa. Najlepszy kontakt miałam w liceum z panią od angielskiego, myślę, że stąd głównie moja pasja do tego języka. Zapamiętałam też ze swojej szkoły podstawowej pana od wychowania fizycznego. Miał około sześćdziesiątki, był przystojny, nadal bardzo sprawny - z gracją wykonywał przeskoki przez kozła (śmiech). Ale najlepiej zapamiętałam jego wyjątkowo wysoką kulturę osobistą i dżentelmeńską postawę wobec kobiet. Kiedy jechałyśmy z żeńską częścią klasy autobusem na pływalnię, to właśnie on, nam smarkulom, ustępował miejsca siedzącego. Coś niesamowitego w dzisiejszym świecie.

 

Natalia: Najcieplej wspominam panią od biologii z czasów edukacji w liceum. Był to dla mnie trudny czas, ciężkiej choroby, a potem śmierci mojego taty. I kiedy wydawało mi się, że świat mi się zawalił, kiedy moja mama również była w emocjonalnej rozsypce, to właśnie pani J. pomogła mi się pozbierać i uporządkować na nowo swoje życie. A nawet nie była moją wychowawczynią. Po prostu zobaczyła, że jedna z jej uczennic przeżywa problemy osobiste i poświęciła wiele swojego czasu i energii, żeby jej pomóc. Zawsze będę jej za to wdzięczna. Dziś nie ma jej w kraju, będąc na emeryturze wyjechała do Szkocji, gdzie jej córka wyszła za mąż i tam została. Wysyłam jej zawsze kartkę z życzeniami na święta.

 

Anna: Ucząc w klasach elementarnych, nie mam złudzeń, że moi uczniowie jakoś szczególnie mnie zapamiętają, przed nimi jeszcze wiele lat edukacji i kontaktu z licznymi nauczycielami. Ja pamiętam ciekawe lekcje historii w szkole podstawowej, nauczyciel opowiadał o dawnych wydarzeniach, jakby to była arcyciekawa bajka; słuchało się go z zapartym tchem. Z liceum pamiętam panią z geografii, młodą nauczycielkę, która zwracała się do nas per pani, pan i miała do nas wiele szacunku. Wprost nie wypadało robić jej afrontu czy ściągać bezczelnie na klasówkach. I oczywiście pamiętam nauczyciela z matematyki, ale to już dlatego, że czasem śni mi się w moich koszmarach (śmiech). Byłam bardzo tępa w tej dziedzinie.

 

Czego mam życzyć wam, z okazji święta Edukacji Narodowej?

 

Natalia: Chyba tego, żebyśmy swoją pracę wykonywały zawsze z pasją, żeby nie stała się ona dla nas ciężarem, bo wtedy najbardziej ucierpią ci, do których jesteśmy posłane - nasi uczniowie i wychowankowie.

 

Małgorzata: Ja chciałabym mieć w sobie dużo sił, by szukać innowacyjnych metod nauczania, rozwiązywania problemów w klasie i nawiązywania relacji z moimi uczniami. Chodzi o to, bym się nieustannie rozwijała, przeżywała jakąś świeżość swojej pracy, by nie było we mnie jakiegoś zastoju zawodowego. Tego sobie życzę.

 

Anna: Skoro już Pan Bóg postanowił, że najlepiej będę pracować dla Niego, wychowując i ucząc małe dzieci, to chciałabym, żeby dał mi dużo cierpliwości do tego zadania. I dużo miłości do tych moich skrzatów. Bo myślę, że jakie będzie nauczanie elementarne, tak ukształtowani uczniowie pójdą dalej w świat nauki i szkoły.

 

Życzę Wam tego wszystkiego, o czym mówiłyście i jeszcze wielu dobrych owoców waszej pracy. Dziękuję za rozmowę.

Chrześcijanie

KOMENTARZE