


ks. Krzysztof
Idę sobie kiedyś dziarskim krokiem ulicą małego miasteczka i słyszę "pozdrowienie" dryblasów siedzących na przydrożnej ławce: "Księża na księżyc". Zwolniłem nieco, uśmiechnąłem się pod nosem i pomyślałem: no cóż, kocham księżyc ale wolę na niego patrzeć z ziemi.
Tak, kocham ziemię, kocham świat i chcę z "dołu" patrzeć na niebo i ludzi. Lubię razem z nimi chodzić po ulicach i mieć nad sobą to samo co wszyscy niebo, raz słoneczne innym razem szare i zachmurzone. Chcę oddychać tym samym co wszyscy powietrzem: i tym wiejskim, czystym i tym miejskim zarażonym smogiem. Bo chociaż przed nazwiskiem mam napisane "ks." to przecież bije we mnie normalne ludzkie serce.
Gdy byłem brzdącem biegałem jak oszalały po podwórku i nie cieszyłem się wśród kolegów opinią świętego. Nikt mi nie mówił "pochwalonego", bo nie urodziłem się w koloratce. Wszyscy wiedzieli, że nie spadłem z nieba i że mieszkam w bloku na parterze. Na podwórko schodziłem bardzo szybko, po trzy schody, ... wolniej za to maszerowałem do szkoły. Każdy z moich wówczas kompanów założyłby się ze mną, że takiemu jak ja nigdy habitu nie uszyją. Zresztą, ja też nie zawahałbym się z przyznaniem im racji. Owszem, nieraz pokazywali na mnie placami, częściej jednak wtedy, gdy nabroiłem lub "popstrykałem się" z kolegami. Dziewczęta też lubiłem zaczepiać, bo mi się normalnie w świecie podobały. Nierzadko chodziłem umorusany i darłem spodnie na kolanach równie skutecznie jak inni. Nauczyłem się mlaskać przy stole, grymasić i "beczałem" gdy kazali jeść coś za czym nie przepadałem. Nieraz dostałem lanie ...i nigdy za darmo. W szkole zbierałem dwuje i piątki a najwięcej zarobiłem ocen "państwowych". Mój zeszyt do religii nigdy nie był na wystawie i na modlitwie potrafiłem się nieźle wiercić. Nawet gdy ubrali mnie za mninistranta niespokojny duch we mnie pozostał. Pewnego razu musiałem dobrze się "wiercić" przy ołtarzu skoro proboszcz zadał mi pisemne ćwiczenie: 300 razy "Będę grzeczny przy ołtarzu".
Bóg mnie zabrał z tej dziecięcej i młodzieńczej codzienności. "Ubrał" mnie w habit i 7 lat się mozolił zanim wyświęcił na księdza. Podziwiam Go szczerze za tę decyzję i nigdy nie zrozumię do końca: dlaczego ja?. A potem kazał wracać do codzienności, podobnej tej którą znałem z dzieciństwa i młodości i której za żadne skarby nie zgodziłbym się wymazać z mego serca.
Mijają lata kapłańskiego życia, w którym dokładnie jak u wszystkich ludzi niedziela trafia się raz na siedem dni, a święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc nie częściej niż raz do roku. Najwięcej jest chwil powszednich; zwykłych, szarych dni, które przypominają i uczą co znaczy być nadal normalnym i zwyczajnym jak za dawnych lat.
Lubię się modlić z mojego kapłańskiego Brewiarza, bo zawsze znajduję w nim psalmy, które zadziwiająco do mnie pasują. Czasem słowo w słowo mówią o mojej codzienności, o moich słabościach, upadkach i małych wygranych. Nieraz sobie pokiwię przytakująco głową, gdy trafiam na słowa: "Biedaka z prochu podnosi, z błota dźwiga nędzarza"; innym razem: "Sławię Cię, żeś mnie tak cudownie stworzył; godne podziwu są Twoje dzieła"; albo, gdy zaczynam Jutrznię jeszcze nieco zaspany i szepczę: "Dobrze jest dziękowć Panu... Rano głosić łaskawość Twoją".
Jedna z największych moich radości, która zaskakuje nieraz w najbardziej szare dni, zdarza się wtedy gdy sponiewierany grzechem człowiek po długich latach wraca do Boga; to prawdziwe szczęście, gdy mogę uczestniczyć w jego powrocie i wypowiedzieć nad nim słowa: "I ja odpuszczam tobie grzechy...". Nieraz czuję jak ze wzruszenia ściska mnie w gardle. Innym zaś razem, słuchając spowiedzi jakiejś szlachetnej duszy chciałoby się wyjść z konfesjonału, ucałować jej ręce i podziękować za umocnienie w moim kapłaństwie.
A Msza Święta... Każda jest tak samo święta; i ta prymicyjna w złotym ornacie, odprawiana w kościele zatłoczonym ludźmi i ta w samotności, w radosnym uniesieniu, czy z bólem głowy, katarem i ochrypłym gardłem. W każdej z nich tak samo biorę do ręki chleb a potem widzę, choć tylko oczami wiary, jak Jezus w moich dłoniach zamienia ten kawałek chleba w swoje Ciało. I myślę sobie w sercu, że podaję Go tym samym ludziom co ciężko pracowali przy powstaniu chleba, co orali, siali i plony zbierali. Ten sam chleb, na który mój tato ciężko pracował, który mama z miłością całuje... a który Bóg zamienia w swoje Ciało. Kapłaństwo jest dla mnie jak chleb: proste, codzienne, a zarazem boskie, bo przecież tę prostą i codzienną strawę człowieka, Bóg zamienia w swoje Ciało. Z kapłaństwem jest tak jak z chlebem w Eucharystii. Jego cudowność i moc objawiają się w słabości, szarości i codzienności.
I wtedy czuję się najbardziej księdzem, gdy podobnie jak chleb co Eucharystią dla ludzi sie staje, mogę się zbliżać do człowieka i być z nim... a właściwie uczyć sie z nim być. Być z człowiekiem... To jest chyba najtrudniejsze, ...ale jest istotną częścią mojego kapłaństwa. Nie po to zostałem księdzem by mnie w plebanii, zakrystii czy pięknym kościele zamknęli. I coż z tego gdyby kościół był nawet najpięknieszy z pięknych, jeśli byłby bez ludzi.
Biorąc ślub z Bogiem poślubiłem także samotność. Ona nie jest łatwa. Ale może właśnie dlatego potrafi być piękna. Bo w samotności nieraz jest łatwiej przyglądać się szczęściu innych, łatwiej pomóc innym i łatwiej Boga przybliżać. Kocham też mój pokój, kapłański pokój, w którym codziennie przygotowuję się do spotkania z człowiekiem, do spotykania człowieka z Bogiem. Kapłański pokój ma w sobie coś z górkiego schroniska. Można w nim odpocząć, przemyśleć dalszą wspinaczkę, można w nim przyjąć innych, ale bez dłuższego rozsiadywania się, bo to tylko miejsce na chwilę. Najpiękniejsze czeka za drzwiami. Tam jest droga no i ludzie, z którymi trzeba razem iść. Potrzebują księdza jak przewodnika. Ksiądz też potrzebuje ludzi, ich życzliwości, serca, nieraz porady a najbardziej modlitwy. ...Bo ksiądz to zwykły człowiek. Nie staje się świętszy gdy habit przywdzieje. Nie suknia czyni mnicha i nie tutuł "ksiądz" czyni świętym. Pozostaje zwyczajny i prosty jak Chrystus z Ewangelii, choć daleko mu do swego Mistrza, do Jego miłości, dobroci i czytości serca.
Czasem gdy patrzę w kościele jak wiercą się i rozrabiają dzieci pytam w sercu z ciekawości: które z nich wybierzesz sobie Panie? Narazie mają jeszcze czas. Niech przesiąkną codziennością, podrą trochę spodni na kolanach i powycierają wszystkie kąty na podwórku. Przyjdzie czas kiedy ich zawołasz... Bóg ma doskonałe "wyczucie". On tylko spojrzy i już wie. U Niego habity pasują wszystkim, których umawia do "przymiarki". Nieraz, po ludzku aż się wierzyć nie chce,...że pasują. A jednak wierzę, ...wystarczy, że popatrzę na siebie, zwykłego powszedniego księdza.
Może dlatego tak bardzo przypadł mi do serca wiersz, który pokochałem gdy byłem jeszcze klerykiem:
"myślisz że ja mam dojścia w niebie
że Bóg wcześniej wysłucha mojej modlitwy
niż twoich łez
myślisz że u mnie w pokoju
aniołki tylko latają
że ja wiem wszystko
że ja zawsze w białym
a ja jestem powszedni
czarny razowy ksiądz".