


Adrian Wawrzyczek
Pytania o sens istnienia, czy też tajemnicę stworzenia, są naturalną zagadką wpisaną w duszę człowieka. Od początku dziejów ludzie starali się znaleźć odpowiedzi na te pytania, mimo, że warunki życia naszych praprzodków, w porównaniu z doświadczeniami współczesnych ludzi, były ekstremalne.
Trud dnia codziennego i walka o przeżycie nie powodowały jednak marginalizacji nadprzyrodzonych rozterek. Z upływem kolejnych wieków te ważne dla duszy ludzkiej pytania nie znikały, chociaż postęp cywilizacyjny świata dokonywał się coraz szybciej. Pytania o Boga towarzyszyły ludziom zawsze i zawsze towarzyszyć będą. Dlaczego więc współczesny chrześcijanin często wstydzi się tego, że gdzieś poza zgiełkiem wyścigu szczurów, szuka odpowiedzi na zupełnie naturalne pytania?
Chodzimy do kościołów, udzielamy się we wspólnotach, deklarujemy wiarę w Boga i chęć głoszenia jego Miłości. Ale gdy faktycznie trzeba świadczyć swoją postawą, sytuacja się komplikuje. Naturalną potrzebą chrześcijanina jest poznawanie Boga poprzez Jego Słowo, toteż codzienna lektura Pisma Świętego nie wydaje się być niczym niezwykłym. Przyznanie się do realizowania codziennej praktyki Namiotu Spotkania przed osobami nie związanymi z daną wspólnotą, sprawia jednak problem dużej ilości z nas. Można także niejednokrotnie zauważyć, jak tzw. „aktywni chrześcijanie” ściszają głos w autobusach, gdy zaczynają rozmawiać na „Boże tematy”. Nieskrywane czytanie chrześcijańskiego periodyku w miejscach publicznych nie jest czynnością nagminną. Zdarzają się nam również blokady wewnętrzne przed odmawianiem różańca w obecności innych, albo nawet przed przeżegnaniem się na widok kościoła.
Sądzę, że każdy z nas przynajmniej kilka razy w życiu doświadczył takiej blokady. Blokady przed czymś zupełnie normalnym. Przed przyznaniem, że Bóg jest naturalną potrzebą naszego serca. Świat zdziczał do tego stopnia, że Boga i naszą potrzebę kontaktu z Nim za wszelką cenę stara się schować do domowej szuflady, najlepiej jeszcze zamykanej na kłódkę. To jest sytuacja niedopuszczalna! Skoro kilku mężczyzn może bez skrępowania publicznie parskać z wątpliwej radości znad czasopisma pornograficznego, dlaczego ja mam się czuć zażenowany wgłębiając się w lekturę czasopisma chrześcijańskiego? Dlaczego mam nie mówić o Bogu mocnym i pełnym odwagi głosem, gdy dziś już mówi się ze wszystkimi o wszystkim, bez poczucia wstydu? Dlaczego nie mogę zaśpiewać na dworcu kolejowym chrześcijańskiej piosenki na cześć Jezusa, mojego Pana i Zbawiciela, gdy obecnie widok pijanych, pozornie szczęśliwych ludzi, wyśpiewujących hymny pochwalne na cześć jakiejś „rezerwy, która do domu powróciła” nikogo już nie dziwi?
Nie dajmy się zwariować! Jesteśmy w zupełności normalni! Powtarzam – jesteśmy normalni! Normalni - otwarcie przyznając się do tego, że nosimy w sercu potrzebę „czegoś więcej”, potrzebę kochania Boga.
A propos śpiewania na dworcu kolejowym. Na peronie w jednym z dużych polskich miast, mimo wielkich oporów, miałem ostatnio okazję wraz z przyjaciółmi odśpiewać jedną z ewangelizacyjnych piosenek, żegnając odjeżdżającą pociągiem koleżankę. Melodie płynące z naszych gardeł nie były może doskonałe, bo nuta skrępowania jakoś w nas pozostawała na tyle, że była słyszalna. Miewaliśmy już dużo potężniejszy power! Po kilku godzinach koleżanka, która odjechała tym pociągiem, przysłała nam sms-a, że usłyszała od współpasażerów z przedziału, iż tak szczęśliwych ludzi jak my, to oni jeszcze nie widzieli. I choć nie znają Boga, to chcieliby mieć takie cudowne źródło szczęścia. Jedna piosenka, jeden nieśmiały akt odwagi, jedno okazanie naturalnej zawartości ludzkich serc – a efekty cudowne. „Idźcie i głoście!” nie oznacza natrętnego mówienia każdej napotkanej osobie, że „Jezus ją kocha”. Czasem wystarczy prosty akt odwagi, wyrażający się chociażby przeżegnaniem przed świętym miejscem. Prosty gest, a może zmienić czyjeś życie. Nie
bójmy się tego, nie bójmy się naszej miłości do Boga, bo JESTEŚMY NORMALNI!