Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.

CHRZEŚCIJANIE

Głupi ma szczęście

Damian Bałdys

 

Polubiłem to powiedzenie, gdyż sprawdziło się ono na mnie w pewne wakacje. Rzeczywiście to, co głupie w oczach ludzi jest mądrością u Boga. Bóg widzi i sądzi jakimś niezwykłym sądem miłości. Proszę Cię drogi czytelniku abyś cierpliwie i wytrwale wysłuchał mojego świadectwa, dotyczącego wakacyjnego cudu.

 

Niemożliwe - Bóg mówi przez księdza!

 

Wraz z moim kolegą Damianem Lejtą (też katechetą) postanowiliśmy wybrać się do Rzymu. Rok wcześniej pojechaliśmy autostopem do Medjugorje, była to pierwsza pielgrzymka katechetów - autostop 2003 (tak sobie ją nazwaliśmy). Stąd też zrodził się pomysł kontynuowania pomysłu. Tym razem środkiem transportu miał być samolot, bo był tani. Nie wiem czemu, ale uparłem się, żeby lecieć 26 lipca. Gdybyśmy wtedy polecieli myślę, że nie byłoby tego świadectwa. Wcześniej jeden znajomy ksiądz - Franciszek Pawlas - zaprosił mnie jako animatora modlitwy na rekolekcje oazowe. Odmówiłem, bo kończyły się one chyba 28 lipca, więc wliczając spakowanie się itp., byłbym tylko na połowie rekolekcji, a to nie miało sensu. Pojawiły się także problemy z zakupem biletów. Damian musiał liczyć na pomoc księdza, który oczywiście pomógł, ale posłużył się małym „kłamstwem”. Bez mojej wiedzy zmienił razem z Damianem datę wylotu o te dwa dni, tak żebym był na tych rekolekcjach. Niemożliwe, ale Bóg posługuje się nawet naszymi słabościami!!!

 

Na tych rekolekcjach dziwnym trafem pod wpływem książki O. Augustyna „Wolni od niemocy” głosiłem tym młodym ludziom, że warto być w życiu ostatnim, że warto być słabym. Jak się później okazało, Bóg zastosował te słowa, ale już w moim życiu.

 

Dwie zakonnice na pokładzie

 

Od samego początku z tym wyjazdem mieliśmy same problemy. Raz, że Damian od miesiąca był już żonaty i doprowadził swą decyzją pielgrzymowania z kolegą, swoich teściów no i żonę, prawie do siwizny. Dwa, że lecieliśmy w ciemno nie mając zapewnionego żadnego noclegu, a w dodatku, gdy mówiliśmy, że chcemy dojść do Papieża ludzie brali nas lekko niepoważnie. W Katowicach okazało się, że nie ma nas wpisanych na listę pasażerów jadących specjalnym busem na lotnisko. Cudem jednak dojechaliśmy do Pyrzowic, poznając w drodze zakonnice, której imię zapamiętam do końca życia. Siostra Fernanda leciała z nami wracając do domu, a mieszkała w Castel Gandolfo, czyli w letniej rezydencji papieskiej. Przed wylotem poznaliśmy jeszcze jedną zakonnicę, tym razem z Watykanu s. Tarcicję. Po nie całym półtora godzinnym locie, rozważając na pokładzie, jak nigdy jeszcze dotąd, tajemnicę Wniebowstąpienia znaleźliśmy się dzięki Bogu znów na ziemi. A tam czekały na nas kolejne problemy. Dziwnym trafem nie doleciał mój bagaż, bo ktoś zapomniał go wsadzić na samolot. Dwie polskie zakonnice bardzo się zainteresowały sprawą. Tarcicja podała swój adres, aby plecak mój dotarł na Watykan, by stamtąd go po kilku dniach odebrać. Fernanda wzięła numer komórki Damiana obiecując, że zadzwoni dowiedzieć się czy znaleźliśmy sobie nocleg.

 

Nie znalazło się dla nich miejsce w gospodzie

 

Było późne popołudnie. Ogromny Rzym. W kieszeni 120 euro na dwóch. Dwaj naiwni Polacy nieznający poza rosyjskim żadnego języka, łudzący się, że w rzymskich zgromadzeniach przyjmą nas z otwartymi rękami. Już teraz rozumiem, jak czuła się Święta Rodzina, kiedy nikt nie chciał dać Im kawałka podłogi i czegoś do umycia. Gdziekolwiek zapukaliśmy zamykano nam przed nosem drzwi albo brano nas za jednych z licznie działających w Rzymie polskich złodziei. Zresztą przykleił się do nas jeden i sytuacja stawała się bardzo napięta. Po 3 godzinach szukania dzwoni telefon. Siostra Fernanda pyta czy mamy gdzie spać. Proponuje udać się do domu Polskiego Pielgrzyma. To jednak drugi kraniec miasta, więc mówimy, że nie damy rady tam dotrzeć. Czekamy. Za chwilę dzwoni nieznany nam głos. Podaje numer do znanego tam ojca Hejmo i każe powołać się na osobę Księdza Arcybiskupa Stanisława Dziwisza. Jak się okazało ten głos należał właśnie do arcybiskupa. Byliśmy w szoku z powodu tego, co się działo. Wyobrażam sobie, jakiego zamieszania narobiła z naszego powodu ta niepozornie mała siostra sercanka, stawiając na nogi Castel Gandolfo. Podziękowaliśmy siostrze mówiąc, aby się już nie martwiła, bo na pewno będziemy już w nocy bezpiecznie spać. Niestety to dopiero był początek Bożej próby.

 

Nemo i hańba dla Ojca Świętego

 

Zadzwoniliśmy do ojca Hejmo i przedstawiliśmy tę nieprawdopodobną historię, w którą zresztą rozmówca nie mógł uwierzyć. Przez dziesięć minut wypytywał po kilka razy starannie o każdy szczegół. Jacy Polacy, jaki bagaż, jaka Fernanda i jaki arcybiskup, no i jakim cudem dzwonił niby do nas. Wychodziliśmy z siebie. W końcu kazał przyjechać na Vincenzo Monti (przepraszam, jeśli przekręcam nazwy włoskich ulic). Nie było daleko, ale była już 22.00. Niestety wsiedliśmy do złego autobusu, a potem Włosi dali popis zupełnego braku znajomości własnych ulic. Kiedy dotarliśmy na miejsce było już po północy. Duży dom, zielona brama i domofon. Dzwonię. Odbiera jakaś Polska siostra i rozpoczyna się „domofonowe” śledztwo. Opowiadam całą nieprawdopodobną historyjkę, w którą sam chyba już nie wierzę. Z tego wszystkiego przekręcam imię ojca Hejmo nazywając go Nemo. Niestety Hejmo już smacznie spał, a siostra wzięła nas za zwykłych oszustów. Noc przespaliśmy pod bramą. Nad ranem wszystko zaczęło się od początku. Od nowa cała historia. Hejmo nie uwierzył już tym razem, mówiąc, że skoro mieliśmy pieniądze na samolot to jak możemy nie mieć na nocleg (za samolot daliśmy 250 zł za osobę w 2 strony, a cena noclegu to 30 euro - proszę sobie to policzyć). Tego dnia jednak pierwszy raz widziałem, że aż tak żywe jest Słowo Boże. W tym dniu Bóg w czytaniu z liturgii mówił akurat o obowiązkach wiernych z Hbr. 13, 1-2.14-16: „Bracia: Niech trwa braterska miłość. Nie zapominajmy tez o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę...”. A w Ewangelii Bóg zapowiadał nam, że kto wierzy Jemu, choćby umarł żyć będzie, mówiąc o zmartwychwstaniu. Rzeczywiście musieliśmy jeszcze wiele razy umrzeć wewnętrznie, aby dokonał się cud zmartwychwstania. Oczywiście to, że ten dominikanin nie posłuchał Słowa też było chyba wpisane w Plan. Tak myślę. Przez cały dzień obładowani bagażami (dobrze, że nie było jeszcze tego mojego plecaka) podążaliśmy do drugiego domu dla Polaków, który znajdował się na drugim końcu Rzymu. Gdy dotarliśmy było popołudnie. I ta nowa nadzieja wlana przez Ducha. Dom był darem Papieża dla pielgrzymów z Polski, a prowadziły go siostry sercanki, czyli tak jak wspomniana siostra Fernanda. To dało jeszcze większą siłę, że tu nas na pewno przyjmą. Zaczęliśmy opowiadać na nowo naszą historię. Najpierw jednej siostrze, ta zawołała drugą, a gdy ta patrzała na nas z politowaniem wysłała nas do ojca dyrektora. W zasadzie prosiliśmy tylko o kawałek ziemi w ogrodzie, aby tam w nocy spać. W dzień chcieliśmy wybyć na pielgrzymowanie, a wieczorem tylko opłukać się i tyle. Na nocleg za 30 euro mając 120 euro w kieszeni w sumie nie było mowy. Ojciec dyrektor też nie uwierzył. Zdeptał nas równo, twierdząc, że przynosimy hańbę Ojcu Świętemu, przychodząc do jego domu z tak małą sumą. A o spaniu w ogrodzie powiedział, że tu są Austriacy i może ich to zgorszyć. Nie rozumiem też tego, dlaczego przyjął nas na jedną noc z kolacją i śniadaniem za darmochę, a potem mieliśmy się wynieść. Dziwne posunięcie, ale znowu wkalkulowane w planach Boga. Dzięki temu mogliśmy oszczędzić na jedzeniu i wreszcie się wykąpać. Wieczorem wraz z innymi pielgrzymami tego domu adorowaliśmy Pana. Ojciec dyrektor prowadził tak płomienną modlitwę, że byliśmy pewni, że jeszcze rano zmieni zdanie i pozwoli nam zostać. Niestety myliliśmy się. W między czasie dzwoniła s. Fernanda, ale nie mogliśmy odebrać, bo zawsze wtedy byliśmy w toalecie. A kiedy chcieliśmy oddzwonić odbierał jakiś Włoch i nie mogliśmy się z nim dogadać.

 

Po trzech dniach zmartwychwstanie?

 

Zanim opuściliśmy papieski dom pielgrzyma spisaliśmy wszystkie polskie i żeńskie zakony w Rzymie. Na mapie zaznaczając gdzie one są. Ruszyliśmy. Siostra z Watykanu dała znać, że jest do odebrania już mój plecak. Sytuacja się powtarzała, bo wszędzie gdzie pukaliśmy odprawiano nas. Na szczęście spotkaliśmy siostry od Małej Tereski, które pozwoliły nam zostawić bagaże, aby szukać dalej. Jedna z sióstr wlała odrobinę nadziei. Jako nieliczna uwierzyła nam twierdząc, że po oczach widać, że nie jesteśmy oszustami. Byliśmy już tak zmęczeni i zdesperowani, że na siłę chcieliśmy jeszcze w coś uwierzyć, dokładając różne teologiczne teorie. Na przykład pod drzwiami sióstr zmartwychwstanek mówiliśmy, że tu już na pewno nas przyjmą, bo to już 3 dzień, a Jezus zmartwychwstał dnia trzeciego. Mimo to Pan przemawiał do nas w Słowie. Kiedy otwieraliśmy na ślepo Pismo teksty dotyczyły prześladowań, cierpienia i cierpliwości. Ale czemu Bóg karmił nas nadzieją, kiedy za chwilę nas jej pozbawiał? Ostatnią nadzieją była s. Tarcicja z Watykanu. Odbierając o godzinie 15.30 zaraz po odmówionej koronce plecak liczyliśmy, że kiedy dowie się, że nie mamy, dokąd pójść to nam pomoże. Też nie. Chcieliśmy już wracać, ale i to nie było możliwe. Powrót dopiero za 10 dni, trzeba by było dzwonić do Warszawy i przesuwać lot, a i to raczej nie było możliwe. To była śmierć, to było to bycie na końcu, to było umieranie. Nie złorzeczyliśmy o dziwo. Martwiliśmy się jak tu przeżyć już nie 10 dni, ale zbliżającą się noc.

 

Ulica zgody i czeska Faustyna

 

Kiedy już człowiek nic nie może to co wtedy robi? Tak, zwraca się do miłosierdzia Bożego. A, że jedynym zgromadzeniem zaznaczonym na naszej mapie, mającym w nazwie słowo miłosierdzie był „zakon” Matki Bożej Miłosierdzia, więc tam się udaliśmy. Wysiedliśmy na stacji Redi Roma. Zakon miał być na ulicy Concordia, co po przetłumaczeniu daje ulicę Zgody. Dzwonimy do drzwi, ale nikt nie otwiera. Nadchodzą jakieś siostry, nie są to Polki, ale ku naszemu zdziwieniu Czeszki. Każą czekać mówiąc, że tu nie ma tego zgromadzenia. Jest przeniesione na inną ulicę. Czekamy. Myślimy. Badamy wszystko. Rodzi się wiara. Skoro tu jest ulica Zgody, mieszkają tu Czesi, którzy do narodu wielce pobożnego patrząc po ludzku nie należą, to tu nas muszą przyjąć. Wychodzi Czeski ksiądz, notabene ma na imię Franciszek. Kolejny raz opowiadamy całą naszą bajkową historię. Sprawdza czy rzeczywiście jesteśmy katechetami, pyta o imiona biskupów naszej archidiecezji. Zaliczone. Po czym chwyta za słuchawkę i dzwoni do polskich sióstr. One polecają mu te miejsca gdzie już byliśmy, a gdzie nas nie chcieli. Tłumaczymy, że tam byliśmy, że drogo. Błagamy o kawałek placu w ogrodzie. Pokazujemy temu księdzu, że takie miejsce nam wystarczy, oferujemy 60 euro. Tyle możemy mu dać, bo reszta na jedzenie. I wtedy dzieje się coś niezwykłego. Pierwszy z wielu jeszcze będących cudów. Zaprowadza nas do ogromnego budynku, który w roku szkolnym pełni funkcję seminarium duchownego. Dostajemy osobne pokoje. Oprowadza nas. Tu macie prysznice, tu łazienki, toalety, kuchnia, tu możecie sobie zrobić kawę, tu możecie pograć w piłkarzyki, ping - ponga, a teraz chodźcie na kolację. To był szok, cud. Mamy gdzie spać. Mamy wszystko za darmo. Powiedzieliśmy, że damy te 60 euro, ale ten ksiądz nie chciał tego słuchać twierdząc, że w Rzymie jest drogo i nam braknie. Okazało się, że w tym domu mieszka wielu Czechów, gdyż ksiądz Franciszek zaprosił ich do Rzymu, a oni mu to seminarium remontowali. Kiedy jedliśmy kolację spojrzałem na ścianę na której wisiał obraz z wizerunkiem św. Faustyny.

 

5 metrów radości i 34 dni trudu!

 

Pan Bóg zadbał o wszystko. Rano w kaplicy, oprócz niedzieli (bo wtedy szliśmy do polskiego kościoła) uczestniczyliśmy w eucharystii po czesku. Postanowiliśmy też, że skoro zapraszają nas na posiłki to będziemy pracować. Pomagaliśmy w pracach w ogrodzie. Do południa praca, a po obiedzie pielgrzymowanie po Rzymie. W niedzielę udaliśmy się na Anioł Pański do Castel Gandolfo oddalonego o 30 km od Rzymu. Wyruszyliśmy bardzo wcześnie, aby być jak najbliżej Papieża. Udało się! Modliliśmy się w odległości około 5 metrów od Niego. To była już dla nas tak wielka łaska, że nie wyobrażaliśmy sobie, że może być jeszcze coś więcej. Byliśmy szczęśliwi, bo zrobiliśmy zdjęcia i widzieliśmy z takiego bliska samego Jana Pawła II. W poniedziałek przybyli do naszego miejsca zamieszkania dwaj młodzi ludzie z Czech. Jak się okazało Martin i Tomas przeszli pieszo 34 dni, aby spotkać Papieża. Mieli ze sobą list, który osobiście chcieli mu wręczyć. Na początku nie widziałem żadnego związku ich przybycia z naszą podróżą, ale teraz, kiedy to piszę, widzę niesamowity i przedziwny zamysł naszego Boga. Tego dnia, kiedy jedliśmy obiad, zadzwonił telefon do Damiana. To była siostra Fernanda. Zawsze ilekroć ta wspaniała zakonnica dzwoniła szykowały się jakieś dziwne wydarzenia. To, co usłyszeliśmy przerastało naszą wyobraźnię. W środę mieliśmy ponownie udać się do Castel Gandolfo na katechezę papieską. Tam mieliśmy odszukać znanego już nam ojca Hejmo, a ten miał nas wprowadzić do Papieża. Siostra tak się tym przejęła, że kilka razy wypytywała czy damy radę przyjechać. Powiedziała, że to dzięki księdzu Dziwiszowi jesteśmy wpisani na listę i wszystko jest załatwione. Ci dwaj Czesi oraz taka jedna para Czechów jechali z nami. Niestety oni nie byli na tej liście, więc nie mogli potem wejść na audiencję.

 

Bóg pokazuje nam nasze miejsce w szeregu!

 

Wyjechaliśmy bardzo wcześnie. Podniecenie było ogromne. Oczywiście pojawiły się problemy, czyli jak już dzisiaj to widzę, małe kamyczki łaski Pana Boga. Nie przyjechał autobus i jechaliśmy innym. Na szczęście zdążyliśmy. To, co rozegrało się tego dnia na tym placu było horrorem i cudem. Cała Ewangelia sprawdziła się na nas, wszystko to, co głosiłem na rekolekcjach oazowych musiałem osobiście doświadczyć. Na dobry początek dobił nas dominikanin Hejmo, który jak nas znowu zobaczył, to nazwał pseudo - katechetami. Miał on w ręku notes i żółte kartki, które były przepustką na audiencję. Wyglądało to tak: Kiedy tłumy pielgrzymów zapełniały plac, my z tyłu wraz z innymi Polakami cisnęliśmy się do niego, żeby dostać tę żółtą kartkę. Nie wiem, czym kierował się ten ojciec, bo dawał te przepustki jak chciał i komu chciał, nie sugerując się żadną listą. Wyglądaliśmy jak żebracy z wyciągniętymi rękami na kawałek kartki. Przez tego kapłana Bóg nas nieźle próbował, bo ojciec ciągle nas pomijał. Inni dostawali kartki i przechodzili przez szczelną ochronę na drugą stronę barierek. Najpierw zabrakło kartek, a potem, kiedy wreszcie mieliśmy w ręku te kartki, musieliśmy zostać na miejscu do zakończenia katechezy, bo było już za dużo ludzi. Sam ojciec miał po nas przyjść. Zaczęła się katecheza, w której czułem, że Bóg do nas przemawia. Papież mówił o pokorze Chrystusa - Sługi, powołując się na „Hymn o kenozie” z listu św. Pawła. I rzeczywiście Pan nas nie oszczędzał tak jak Syna Swego. Skończyła się katecheza, a rozpoczęła się pora na witanie się z Papieżem tych wybranych. Jest to niesamowite, kiedy nieliczni mogą ucałować pierścień papieski na oczach tysięcy zgromadzonych i milionów widzów. Czekaliśmy niecierpliwie. W końcu ojciec Hejmo nas wpuścił. Adrenalina się podniosła, byliśmy już o krok. I wtedy stało się coś dziwnego. Mieliśmy już podejść do Ojca Świętego, przed nami większa grupa ustawiała się do zdjęcia. Ochroniarze myśląc, że jesteśmy z tej grupy popychali nas żebyśmy się z nimi ustawili. My się wzbraniamy mówiąc, że nie, że my osobno. Wtedy nie wiadomo, dlaczego ochrona bierze nas za rękę i na oczach tego wielkiego tłumu wyprowadza jak intruzów. Szok, nie wiadomo, co mówić. Wyrwać się nie da. Mówię do nich: „What is the problem?”, bo tylko to umiałem w tym szoku, a oni nic. Coś krzyczą po włosku i targają nas nie tylko za barierki, ale za bramę. Pokazuję żółtą karteczkę, ale nic nie skutkuje. Siedliśmy ze wstydem na murku, ludzie się patrzą. Nie do wiary. Pytam się Pana Boga, po co to wszystko. Nagle dzwoni komórka. Siostra Fernanda pyta czy już byliśmy. Mówimy, że nas wyrzucili. Zaraz do nas przyjdzie. Widzimy, że do papieża podchodzą już ostatni ludzie. Nie mamy już szans żeby zdążyć. Przybiega ta około 60 letnia zakonnica, łapie nas za ręce i biegnie przed siebie. Słyszę tylko: „Panowie, szybciutko!”. Tłum jest tak wielki, ale ta siostra usuwa wszystkich z drogi. Ona nawet nie wiedziała gdzie jest wejście, to jest niesamowite. Ochraniarze zobaczywszy ją biegnącą z nami przesuwają natychmiast wszystkich. Wchodzimy tym razem jak jacyś nadzwyczajni goście. Sami jeszcze nie wierzymy w to, że możemy jeszcze zdążyć. Cały plac znowu widzi nas wbiegających z małą siostrą sercanką. Damian modlił się na głos, ja prawie płaczę, ksiądz Dziwisz patrzy na nas z uśmiechem. To jest komedia. Przed nami jeszcze jedna rodzina, a na końcu my. Zdążyliśmy. Wszystkie słowa, jakie planowałem w tym krótkim czasie powiedzieć papieżowi zapomniałem. Przez całe rekolekcje przekonywałem młodych, że ostatnie miejsce jest dla nich najlepsze, a teraz sam musiałem doświadczyć, co to znaczy być na końcu. Myślę, że Bóg pokazał nam gdzie jest nasze miejsce, że musimy się przyzwyczaić do tego miejsca. I rzeczywiście miejsce to jest uprzywilejowane, kto je zajmuje, ten jest szczególnie drogi Bogu, wtedy cuda stają się czymś naturalnym. Tak było z nami. Kiedy się audiencja skończyła czekała nas kolejna dawka emocji. Siostra powiedziała, że jeśli zaczekamy do godziny 16 to pokaże nam ogrody papieskie. Z radością się zgodziliśmy myśląc, że nic więcej już nas nie czeka. Jednak Bóg jak już komuś daje to na „maksa”. Ale o tym za chwilkę. Siostra przyniosła nam reklamówkę prowiantu, po czym pożegnała się. Do popołudnia było jeszcze sporo czasu. Nasi bracia Czesi pytali jak było. Obiecaliśmy im, że spytamy siostry czy by i oni nie mogli tak wejść na audiencję, jak my. Prawdę mówiąc, widząc jak trudno było nam, nie wierzyliśmy w to, że może się im udać. Tylko nie wzięliśmy pod uwagę, że Bóg jest Bogiem rzeczy niemożliwych. U Niego nie ma mowy o przypadku. Pożegnaliśmy Czechów, a sami udaliśmy się na miejsce wygodne, aby coś zjeść. Oczywiście siostra znów nas zaskoczyła. W reklamówce były kanapki, owoce, soki i ... piwo? Czyżby siostra nas chciała rozpić? Tak. Tylko dobrocią i miłością Bożą!

 

500 euro i msza gratis

 

Godzina 16.00. Siostra Fernanda wraz z dwiema innymi siostrami zabiera nas na spacer po ogrodach papieskich, letniej rezydencji. Ci sami ochroniarze, którzy wyrzucali nas tego dnia z audiencji pozdrawiają nas po włosku. Czyż Bóg nie jest pełen sprzeczności? Mamy aparat, robimy zdjęcia. Trzeba jednak zostawić jeszcze parę na później. Jednak siostra dostarcza nam dużo uśmiechu, gdyż wziąwszy aparat do ręki chce nam zużyć całą kliszę robiąc zdjęcia na tle każdego drzewa. Faktycznie ogród jest przepiękny, ogromny i można prawie wszystko w nim fotografować. Spieszymy się, gdyż jak się okazuje o 17 chce nas osobiście poznać arcybiskup Stanisław Dziwisz. Znowu jesteśmy w szoku. Ale to dopiero początek tych małych wielkich cudów. Dziwnym trafem poznajemy też rodzinę goszczącą u Dziwisza, w której jest pan Skowroński z telewizji Polsat. Siostra oczywiście zatroskana o nas jak o swoich wnuków, wszystko, co nas spotkało przypisuje arcybiskupowi. Przychodzi arcybiskup. Siadamy w ogrodzie w trójkę. Uświadamiam sobie jak bardzo rozmowa ta różni się od tych, które prowadziliśmy w pierwszych dniach pobytu w Rzymie. Nie ma tu mowy o nieufności, podejrzliwości czy przesłuchiwaniu. Jest to raczej szczera i troskliwa rozmowa. Rozmawiamy i żartujemy. Na koniec pada znaczące i nie wiem czy nie najważniejsze tego dnia pytanie. „W czym mógłbym wam jeszcze pomóc?”. Mamy dwie prośby. Jedna, to żeby zrobić sobie z arcybiskupem wspólne zdjęcie. Druga, to ta najpoważniejsza, w której objawiła się wola Boża. Dotyczy ona naszych braci Czechów. Opowiadamy o ich pielgrzymowaniu i prosimy, aby tak jak my mogli wejść do papieża. Arcybiskup na chwilę zostawia nas samych, po czym wraca mówiąc: „Niech przyjadą jutro na ósmą”. Zatkało nas. Po czym spytał: „ A wy też chcecie przyjechać?”. Kiwnęliśmy głowami, że tak. Wyglądało to komicznie. Taka łaska nawet nam się nie śniła, żeby być na prywatnej mszy świętej z Głową Kościoła. Arcybiskup żegnając nas, wyjął jeszcze dwie koperty mówiąc, że to na bilet na samolot. Nie chcieliśmy przyjąć, w końcu bilety już mieliśmy, o czym on przecież wiedział. Nie zdołaliśmy już nic powiedzieć. Powiedział, że się spieszy i przyśle siostrę Fernandę, żeby nam dała jeszcze coś do jedzenia, mówiąc: „Do jutra, o ósmej!”. Zostaliśmy sami. Zajrzeliśmy do kopert. Dostaliśmy po 500 euro!!! Przyszła siostra z dwiema torbami żywności. Nie mogliśmy uwierzyć w to, co się w ogóle dzieje. Mówimy siostrze, że nie możemy tych pieniędzy przyjąć, ale ona też nie chciała tego słuchać, troszcząc się jeszcze o to, że zapomniała nam przynieść „chlebka”. Kiedy to piszę zastanawiam się czy ktoś w to uwierzy. Przyjechało dwóch katechetów do Rzymu ze 120 euro, martwiąc się, jak tu przeżyć, a wracali tego dnia obładowani żywnością, pieniędzmi i przede wszystkim z niezapomnianymi wspomnieniami. To był dzień cudów. Kiedy wieczorem dotarliśmy do naszego miejsca pobytu opowiedzieliśmy Czechom wszystko co zaszło. Byli w szoku, cieszyli się z nami. Martin i Tomas chyba jeszcze do końca nie wiedzieli, co ich czeka jutro. Dzień czwartego sierpnia przejdzie na długo do naszej pamięci. Tego wieczoru nie można było nie wielbić Boga.

 

5 sierpnia - w Niebie z Papieżem

 

Dotarliśmy na czas. Siostra Fernanda ze strażą czekała już przy bramie, a także czekał fotograf papieża Arturo Mari. Było jeszcze trochę czasu, więc mogliśmy dobrze przyjrzeć się apartamentom papieskim. Msza była w kaplicy. Prócz nas, brali w niej udział: rodzina z panem Skowrońskim, kardynał Nagy, siostry i arcybiskup z Ojcem Świętym. Kiedy się modliliśmy pomyślałem, że to już jest naprawdę szczyt Bożej Łaski, jaka może być na ziemi. Przecież Eucharystia to smakowanie Nieba. Byliśmy z następcą Piotra w Niebie. To o wiele cenniejsze od samych uścisków, wspólnych zdjęć czy rozmów z papieżem. Po Eucharystii abp Dziwisz przedstawiał każdego gościa papieżowi. Podchodziliśmy, całowaliśmy pierścień, a on nam dawał różaniec. Był to kolejny znak obecności Maryi, w końcu tego dnia wspomina Ją liturgia. Była to wzruszająca chwila, zwłaszcza, gdy bracia Czesi ze łzami wręczyli osobiście Ojcu Świętemu list. Ich cel pielgrzymki został dopełniony. Nasz też. Kiedy wychodziliśmy dziękowaliśmy Arcybiskupowi, bo to w zasadzie on stał za tym wszystkim. Pamiętam, że byłem w takim szoku, że ściskając jego dłoń na głos wielbiłem Boga, co przyprawiło go o szczery uśmiech. Było to także nasze ostatnie spotkanie z siostrą Fernandą. Byliśmy wdzięczni. Wracając zrozumieliśmy, że w naszym życiu nie ma przypadków. To wszystko było przygotowane przez naszego Pana. Nawet to, że nas nie przyjęto w pierwsze dni, ci Czesi, którzy akurat też wędrowali do Rzymu. Gdyby nie my, nie spotkali by papieża, gdyby nie oni, nie bylibyśmy z Nim na Mszy, gdyby nie ksiądz Pawlas nie spotkalibyśmy siostry Fernandy i gdyby nie ten mój bagaż... Kiedy wróciliśmy do Rzymu, Czeski ksiądz przywitał nas z gazetą w rękach. Było to L`OSSERVATORE ROMANO. A na tytułowej stronie zdjęcie z katechezy w Castel Gandolfo. Na zdjęciu pokazana jest rodzina przy Ojcu Świętym, a za nią stoimy my oczekując na swoją kolej. To był kolejny znak Pana Boga, że warto być ostatnim, bo potem jest się pierwszym i to na pierwszej stronie.

 

Epilog

 

Kolejne dni były już oczekiwaniem na powrót do domu. Pragnęliśmy bardzo podzielić się tą nieprawdopodobną historią z najbliższymi. Doświadczyliśmy wielkiego dobra od wielu osób. Zwłaszcza Czesi okazali nam miłosierdzie, co już jest jakimś małym cudem. Nie jestem jakąś niezwykłą osobą, nie powiem też żebym moim życiem czy postępowaniem zasłużył sobie na takie dary. Pan Bóg wybiera to, co głupie w oczach świata, to, co wzgardzone, co ostatnie. Posłużył się zwykłym (niecharyzmatycznym) księdzem z oazy, potem małą zakonnicą, która dla dwóch nieznanych jej facetów, zrobiła tyle szumu. A miłość okazał nie przez Polaków, ale przez małych Czechów. To, co Pan Bóg robi jest często dziwne i po ludzku niezrozumiałe, a nawet głupie. Tak jak cały ten pomysł, żeby w ogóle jechać w ślepo do Rzymu. W tym jednak doświadczyłem Jego obecności i szczególnej miłości. Mocno wierzę w to, że przez to wszystko Pan mówi mi: „Damian, zobacz jak cię kocham, mogę dać ci o wiele więcej, tylko mi uwierz, a nie kalkuluj czy to jest możliwe, czy nie”. Maryja też nie kalkulowała tylko zaufała, że dla Niego nie ma nic niemożliwego. Jeśli jeszcze ktoś nie wierzy niech poczyta Biblię. To w końcu też jedna z tych nieprawdopodobnych historii.

 

„Przeto przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu!. Według oceny ludzkiej niewielu tam mędrców, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał, co niemocne, aby mocnych poniżyć, i to, co nieszlachetnie urodzone według świata oraz wzgardzone, i to, co w ogóle nie jest, wyróżnił Bóg, by to, co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga” (1Kor. 1, 26-29).

Chrześcijanie

KOMENTARZE