


Aleksandra Sowa-Zduńczyk /Jezus.com.pl
By była możliwa prawdziwa jedność między chrześcijanami różnych wyznań, pojedynczy ludzie muszą się spotkać, popatrzyć sobie w twarz z życzliwością, muszą chcieć się zrozumieć na płaszczyźnie dnia codziennego - tylko wtedy ekumenizm na większą skalę ma szansę zaistnieć.
Ekumenizm - to brzmi dumnie... i ostatnimi czasy jest często powtarzanym słowem. Wiele mówi się w Kościołach o współpracy międzywyznaniowej, w licznych miastach podejmowane są inicjatywy, które angażują chrześcijan różnych wyznań. Wspólne modlitwy, ewangelizacje, nabożeństwa z udziałem hierarchów poszczególnych Kościołów... To bardzo piękne i przyznam, że osobiście bardzo mnie to cieszy, a niejednokrotnie wzrusza. Marzę o tym, i wiem, że nie jestem w tym osamotniona, by dożyć czasów, kiedy wszyscy chrześcijanie znów się zjednoczą i będą nie tylko wyznawać wiarę w jednego Boga, ale będą to również robili na sposób wspólny dla wszystkich! Wierzę, że takie pragnienie jest też w sercu Boga... Być może podobne marzenia, czy pragnienia ma wielu chrześcijan, a nie wszyscy potrafią je realizować. Być może brak czasu, zaangażowanie zawodowe, odległość od większych miast, czy jeszcze inne względy nie pozwalają uczestniczyć w wielkich wydarzeniach ekumenicznych. Co zrobić, kiedy mimo to rodzi się w sercu pragnienie dążenia do jedności chrześcijan, dołożenia swojej cegiełki do tej wspólnej budowli? Myślę, że możliwości wciąż jest wiele.
Ekumenizm, oprócz wspólnych dzieł Kościołów i grup chrześcijan, powinien mieć też oblicze codzienne, zwyczajne - taka pozytywistyczna „praca u podstaw”. Może to być trudniejsze, niż te widoczne dla wszystkich akcje ekumeniczne. W Polsce, gdzie jak na razie większość stanowi Kościół Rzymskokatolicki, może się nawet czasem wydawać, że problem ekumenizmu w codziennym życiu się nie pojawia. To jednak nieprawda. By była prawdziwa jedność między wyznaniami, pojedynczy ludzie muszą się spotkać, popatrzyć sobie w twarz z życzliwością, muszą chcieć się zrozumieć na płaszczyźnie dnia codziennego - tylko wtedy ekumenizm na większą skalę jest możliwy.
Myślę, że terenem, gdzie ekumenizm rozwinął tę swoją drugą twarz - życia codziennego, jest np. rejon Śląska Cieszyńskiego. Tutaj ewangelicy nie stanowią mniejszości, ale obok katolików są dużą, pełnoprawną grupą wyznaniową. To zmusza jednych i drugich do codziennych kontaktów, do koegzystencji. Jak te relacje się układają? Z moich obserwacji wynika, że bardzo dobrze. Na tym terenie najwięcej jest małżeństw mieszanych - ewangelik z katoliczką, katolik z ewangeliczką - spotykają się, kochają, potrafią się zrozumieć mimo różnic, wspólnie wychować dzieci. Niejednokrotnie takie rodziny są związane i z jednym i z drugim kościołem, a różne wyznanie ojca i matki wcale nie powoduje rozłamu rodziny. Oczywiście, nie jest to sielanka - jak w każdym małżeństwie istnieją problemy, a różnice wynikające z odmiennych wyznań są i nie można ich nie widzieć. Cała sztuka nie polega jednak na tym, żeby zamykać oczy na różnice, ale by widząc je próbować się zrozumieć i potrafić czerpać z bogactwa, które niesie każde wyznanie.
Jako redakcja Portalu Jezus.com.pl-OPOKA.TV (katolicy) wybraliśmy się w tym roku na wypoczynek do Istebnej, do parafii Ewangelicko-Augsburskiej. Zajęliśmy górne piętro budynku parafialnego. Pod nami mieszkanie księdza, jego żony i kilkuletniej córeczki. Na samym dole kolonie dla dzieci z pobliskich domów. Na początku zderzenie naszego przyzwyczajenia do celibatu księży z rodziną pastora - małą dziewczynką, która woła do niego „Tato!” i idzie usiąść mu na kolanka, wywołało szereg zabawnych sytuacji i wrażeń. Bardzo szybko się jednak przyzwyczailiśmy, poczuliśmy się jak w domu, całkiem swojsko. Doceniliśmy też urok tego, że na parafii mieszka rodzina, łatwo można było dostrzec efekty pracy troskliwej ręki gospodyni. Cieszyliśmy się tym, że możemy coraz więcej się dowiadywać o naszych braciach, zachwyciliśmy się tym, jak bardzo Słowo Boże jest obecne w ich życiu, w kościele. Większość katolików chyba trochę mniej uwagi zwraca na Pismo Święte. Wszystko to jednak nie przeszkadza nam doceniać tego, co piękne w naszym Kościele. Myślę, że pobyt w Istebnej pozwolił nam wszystkim dostrzec jak wiele mamy tak naprawdę wspólnego - priorytety, poglądy, stawianie Boga na pierwszym miejscu, chęć ewangelizacji, praca na rzecz dzieci, modlitwa, a także mnóstwo spraw zwykłego codziennego życia. Wiele było wspólnych rozmów, spotkań, a wcale nie trzeba było mówić o różnicach... Oby w życiu każdego chrześcijanina było jak najwięcej takich pozytywnych kontaktów i przyjaźni!
Rozejrzyjmy się dobrze wokół - wszędzie są chrześcijanie należący do różnych Kościołów, tylko czasami nie zauważamy się nawzajem... Otwórzmy się na siebie, spróbujmy zrozumieć, spójrzmy na drugiego człowieka z miłością i zacznijmy burzyć od dołu, od podstaw, ten mur, który wyrósł przez wieki chrześcijaństwa. Jestem pewna, że tylko wtedy będzie kiedyś możliwa oficjalna jedność chrześcijan. To zależy od każdego z nas... I wierzę, że jest też pragnieniem ukrytym w sercu Boga!