Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.

CHRZEŚCIJANIE

Czy wiesz dlaczego się budzisz?

Karol Tomanek

 

Na dzień dobry pytanie: Czy wiesz dlaczego dzisiaj się obudziłeś? Czy myślałeś o tym? Zastanów się przez chwilę. I nie chodzi tutaj o tzw. związek przyczynowo-skutkowy, reakcje biochemichne w ciele itp. tylko o cel twojego tutaj dzisiaj bycia. To po co się dzisiaj obudziłeś?

 

Takie pytanie ułyszałem pare dni temu. Zostałem bez słów. Zastanawiałem sie i nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi. Po chwili usłyszałem z ust pytającego: '' Bo Bóg daje ci kolejny dzień życia. Kolejną szansę by naprawić to co było złe, by podzielić się posiadanymi talentami i doświadczeniem z innymi, a w ten sposób im służyć, by głośić Królestwo Boże swoim życiem.''

 

Te słowa zupełnie zmieniły moje spojrzenie na świat, na życie, na tzw. "szarą codzienność". Przecież z tej perspektywy ona wcale nie jest szara, tylko taka jaką sam sobie ją stworzę - pełna możliwości, ludzi do spotkania, rzeczy do zrobienia, miłości do rozdania. I wcale to nie jest huraoptymizm. Dlaczego? Nie wiem jakie są Twoje doświadczenia w życiu. Nie wiem co Cię dotychczas spotkało, ale chciałbym Tobie opowiedzieć jak wyglądało moje życie.

 

W dzieciństwie było różnie. Nie zawsze czułem sie zrozumiany. Często byłem wyśmiewany, bo.. hmm.. powody były różne. Jeden utkwił mi mocno w pamięci - wiara. Rodzice byli mocno wierzący, dawali tego mocne wyrazy i od małego brali mnie do kościoła. Eucharystia była dla nich najważniejsza. Dla paruletniego chłopca, to trudne i niezrozumiałe. Koledzy robili inne rzeczy, a ja maszerowałem do kościała. W dodatku byłem dla nich śmieszny, bo zamiast grać w pikę lub gry komputerowe szedłem na mszę szkolną.

 

Parę lat po tym przyszedł czas dyskotek. I tu kolejny problem. Nie mogłem na nie chodzić, bo odbywały się w piątek. Rówieśnicy znowu drwili.

 

Przez ten czas zrodziły się kompleksy i poczucie niższości. Chciałem rówieśnikom zaimponować i robiłem różne rzeczy w tym celu. Popisywałem się jak mogłem. Przeważnie wszystkie te popisy kończyły się jednak jeszcze większą kompromitacją. Zacząłem to przykrywać ambicją. Uczyłem się więcej. Dostawałem świadectwa z paskiem. Rodzice byli zadowoleni, ale przyjaciół i akceptacji nie potrafiłem znaleźć.

 

Tak minęły szkoły i zaczęły się studia. Poznałem bardzo fajną dziewczynę. Miałem swój plan co do życia - skonczyć szkołę i potem małżeństwo. Dalej podchodzilem niesamowicie ambitnie do nauki. Miałem dobre wyniki oraz stypendia. Trafiłem pod skrzydła jednego z lepszych wykładowców. Miałem u niego pisać pracę. Okazało się, że jestem bardzo zdolny i w związku z tym otrzymałem możliwość wyjazdu na badania naukowe do Norwegii. Wszystko układało się bardzo pomyślnie. Tak trwało to do trzeciego roku studiów. Pod jego koniec tuż przed planowanym wyjazdem przesiliłem układ nerwowy nadmiarem nauki oraz brakiem wypoczynku do tego stopnia, że wylądowałem w szpitalu neurologicznym. Nie rozróżniałem słów, nie potrafiłem prawie niczego  zapamietać. Wpadłem w zapaść. Dalsze studiowanie nie wchodziło w grę. Dziewczyna, która była jedyną bliską mi osobą znalazła oparcie w kimś innym. W pare dni cały świat, który budowałem legnął w gruzach.

 

Czułem się jak samotna, przeciekająca łódka na wielkim morzu. Nie nadążałem z wybieraniem wody z jej wnętrza. Życie przytłaczało mnie tak mocno, że nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Pojawiły sie pytania. Wątpliwości. Miałem wrażenie, że czego się chwytam kończy się klęską. Jak pustynia z palącym słońcem bez żadnego cienia, bez możliwości schronienia się. Trwało to około dwóch lat. Na zewnątrz starałem się zachować pozory spokoju, ale w środku stałem na krawędzi rozpaczy. Mało kto zdawał sobie sprawę, co naprawdę się we mnie dzieje.

 

Po dwóch latach zrozumiałem, że przy życiu trzyma mnie ta wiara, którą zaszczepili we mnie w dzieciństwie rodzice. Oddałem swoje życie Bogu. Powoli doświadczałem, że Bóg jest moją podporą i skałą, na której mocno mogę stanać. Jest moim obrońcą w chwilach trudnych i towarzyszem drogi, którą idę. To On rozpromienia swoje oblicze nade mną. Wcale nie było mniej problemów od tej chwili i wcale nie były one mniejsze ale uświadomiłem sobie, że w Nim jednym warto pokładać swoją nadzieję.

 

Założyłem własną firmę. Zaciągnąłem kredyt na jej rozwój. Życie nabrało nowych, pięknych barw. Coś wspaniałego. Byłem przekonany, że wiedzie mi się fantastycznie. Nawet nie zauważyłem jak zapomniałem o tym, dlaczego naprawdę warto żyć i wpakowałem się w następną pułapkę - pracocholizm. Pracowałem od 8.00 rano do 1.00-2.00 w nocy. Nie dojadałem, nie dosypialem. Przecież musiałem zarobić na spłatę rat kredytu. Pieniądze z banku, które miały zapewnić mi świetną przyszłość stały sie przekleństwem. Czas leciał, środków przybywało mało, a zadłużenie należało spłacać. Ciągła gonitwa, stres zabierający sen, niepokój. To co sprawiało radość przestawało cieszyć. Mijał dzień za dniem, a każdy z nich wydawał się coraz bardziej szary i beznadziejny. Stałem się pesymistą. Mało kto chciał ze mnią rozmawiać. Widziałem same złe strony życia. Nie radziłem sobie sam ze sobą, z prowadzeniem firmy, ze spłatą zadłużenia.

 

I w tym właśnie momencie pojawili się ludzie, którzy zaproponowali coś nowego - poprowadź swoje życie, swoją firmę w sposób uczciwy, według bożych zasad, które są w Biblii. Powiem obrazowo, w tym czarnym pokoju, w którym sam się zmaknąłem przez szparę w drzwiach rozbłysło światło nadziei. Co zrobić? Zaryzykować i otworzyć drzwi? A może lepiej nie, bo co jeśli znowu coś nie wyjdzie? A co jeśli stracę znowu wszystko co mam? Dylemat. Zaryzykowałem. Podszedłem i otwarłem. Zawierzyłem to co robię Bogu i zaczynam prowadzić życie według bożych zasad zawartych w Bilblii. Poznaję nowy świat, którego wcześniej nie widziałem. Poznaję ludzi, którzy Boga traktują poważnie i na codzień starają się żyć ewangelią. Poznaję ludzi, którzy są szczęśliwi. Wraca radość życia. Zauważyłem też coś niesamowitego. Przyczyną wielu moich niepowodzeń i nieszczęść było chorobliwe skupianie się na sobie, na swoim szczęściu. Robiłem wiele dla siebie, dla innych niewiele.

 

Jedna z tych poznanych niedawno osób pare dni temu zapytała: "Czy wiesz dlaczego dzisiaj się obudziłeś? Czy myślałeś o tym?..."

 

Moim życiem głosić Królestwo Boże? Tym pełnym śladów burz przeciwności i ran niepowodzeń z przeszłości? Tymi dziwnymi, momentami połamanymi i nie zawsze udanymi? No dokładnie! Tym moim życiem! Bo burze i zranienia już były, a dzisiaj jest nowy dzień i kolejna szansa! Nowa szansa!

Chrześcijanie

KOMENTARZE

Imię

E-mail

Komentarz