


Kuba
Pewnego ranka kiedy się obudziłem nic nie zwiastowało zmian. Jednak w ciągu dnia jakoś tak mocno ciążyło mi poczucie bezsensu i braku szczęścia... Potem wydarzyło się coś co na zawsze odmieniło moje życie.
Bóg bardzo konkretnie i wyraźnie pokazał mi kiedyś, że istnieje, i że Mu na mnie zależy. W jaki sposób tego dokonał? Najpierw nie robił nic (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało), a ja spadałem na własne dno. Nie byłem typem „skończonego człowieka”. Nie ćpałem, nie paliłem, nawet rzadko kiedy nadużywałem alkoholu, mimo to spadałem na własne dno. Moje życie obracające się tylko wokół tego, co mi się podoba, a co mi się nie podoba, co mi się chce, a czego mi się nie chce, co daje mi przyjemność, a co nie... Niby nic wielkiego, ot po prostu takie sobie normalne życie. Od czasu do czasu jednak, gdzieś tam w środku czułem, że to moje normalne życie jest puste. Nie wiedziałem o co chodzi. Szukałem odpowiedzi i jakiegoś wyjścia bo miałem wrażenie, że pomimo tego, że robię tylko to co mi się podoba i to na co mam ochotę, na dłuższą metę wcale nie jest mi dobrze. W tych chwilach ciszy przed snem, czy innych krótkich momentach, miałem wrażenie, że zapadam się jak w jakąś czarną dziurę – kompletnie tego nie rozumiałem.
Pewnego ranka kiedy się obudziłem nic nie zwiastowało zmian. Jednak w ciągu dnia jakoś tak mocno ciążyło mi to poczucie bezsensu i braku szczęścia. Mocno to nawet mało powiedziane – cały dzień czułem, że jestem w takim punkcie, w którym nie mogę zostać bo zwariuję (niby czemu miałbym zwariować, a jednak tak się czułem). Wtedy, nie widząc innego wyjścia, pierwszy raz od wielu lat pomodliłem się szczerze. Powiedziałem Bogu „Zrób coś ze mną, bo ja sam ze sobą sobie już nie dam rady”. To było jedno zdanie, jedno wypowiedziane przeze mnie szczere zdanie, a odmieniło moje życie.
Po pewnym czasie znaleźli się w różnych okolicznościach różni ludzie, którzy mówili mi o Bogu, o tym, że mnie kocha i że Mu na mnie zależy. Nic szczególnego, przecież wiele razy to słyszałem: na katechezie, w kościele... ale kiedy pewna dziewczyna powiedziała mi, że Bogu na mnie zależy, te słowa stały się jakby żywe. Nie wiem w jak to nazwać, ale powiem, że po raz pierwszy w życiu zrozumiałem co te słowa znaczą. Uderzyła mnie prawda o tym, że Bóg faktycznie jest i że ja nie jestem mu obojętny. W tamtym momencie jakby nagle oświeciła się jakaś lampka w mojej głowie i nagle prawda o tym, że Bóg mnie kocha stała się dla mnie tak oczywista jak słońce i gwiazdy na niebie. Z drugiej znowu strony nie mogłem wobec tej miłości Boga zostać obojętnym, więc wybrałem: Boże, Ty mi pokazałeś, że jesteś i że mnie kochasz, więc teraz ja chcę iść Twoją drogą.
Pierwsze tygodnie po „spotkaniu” Boga były wspaniałe. Modlitwa nie sprawiała mi żadnych trudności, czytanie Pisma Świętego było dla mnie ogromną radością, a wolność od grzechów dawała ogromną satysfakcję. Taki stan jednak nie trwał długo. Po tych kilku tygodniach przyszedł pierwszy kryzys. Niechęć do modlitwy, niechęć do czytania Pisma Świętego i pokusy, które zdawały się atakować mnie ze zdwojoną siłą. Wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że świętość osiąga się przez wierność Bogu nawet w największych trudnościach. Wcześniej myślałem, że człowiek to przecież taki, który zawsze ma dobry humor, który zawsze jest uśmiechnięty, nie grzeszy bo jest wolny od pokus, po prostu żyje tak jakby nic złego nigdy mu się nie przytrafiało. W momencie pierwszego kryzysu na początku zastanawiałem się dlaczego moja droga nie wiedzie w tym właśnie kierunku. Po kilku tygodniach walki podczas modlitwy, kiedy czytałem Pismo Święte (nie pamiętam jaki był to fragment) i zastanawiałem się o co w danym fragmencie chodzi i co on może oznaczać dla mnie, zrozumiałem, że świętość, to jest właśnie, jak już wcześniej wspomniałem, wierność Bogu pomimo wszystko. Jakoś tak uświadomiłem sobie, że święci są uśmiechnięci zawsze z tego powodu, że są przy Bogu, a nie że nie doświadczają trudności w swoim życiu. Oni jak konie z klapami na oczach nie przejmują się tym co ich spotyka, ale uparcie trwają przy Bogu. Modlą się, poszczą, a cierpienia ofiarują Bogu i stąd mają siłę do przezwyciężania tych wszystkich trudów. Są blisko Boga, więc Bóg daje im siłę.
Taką wizję świętości przyjmowałem z wielkim trudem, nadal tak ją przyjmuję. Jest jak jedyne posiadane, za ciasne buty – niewygodne, ale innych nie ma. Albo przyjmę ją taką i jakoś sobie z tym wszystkim poradzę, albo nie przyjmę i będę chodził boso. Jeśli tej prawdy nie przyjmę to po prostu się zgubię i najprawdopodobniej za jakiś czas wrócę do tej swojej beznadziei sprzed spotkania w życiu Boga. Nie mam więc wyjścia, nie chcę mieć wyjścia – na siłę przyjmuję to, że życie chrześcijańskie jest trudne i idę dalej.
Żeby nikt źle mnie nie zrozumiał: nie stałem się świętym w jeden dzień, ciągle nie jestem święty (doskonały tak jak Jezus) i pewnie – niestety – długo takim nie będę. Nie raz zdarza mi się popełniać grzechy, których już po chwili żałuję, a nawet się wstydzę. Jest mi głupio przed sobą i przed Bogiem, że jestem taki niewytrzymały w łasce Bożej. Żeby jednak nie siać pesymizmu muszę powiedzieć, że za każdym razem kiedy mówię do Jezusa o moich problemach, np. o pokusach w których w danym momencie się znajduję, to Jezus daje mi jakąś siłę do tego, żeby za tymi pokusami nie iść. Nie wiem w jaki sposób On to robi. Ja przecież nie mam takich sił, żeby przeciwstawić się złu, które tak często mnie otacza, ale widać Bóg potrafi jeszcze coś ze mnie wycisnąć, oczywiście przy pomocy potężnego ładunku łaski, którą mnie w tym momencie obdarza.
Nie chcę żeby te słowa brzmiały jak religijne bajdurzenie. Wiem, że dla ludzi, którzy nie spotkali w życiu Boga powyższe słowa mogą wydawać się co najmniej dziwne, ja tez kiedyś myślałem w podobnych kategoriach. Teraz jednak wiem, że takie historie dzieją się co dzień w życiu naprawdę wielu osób. Jestem szczęśliwy, że jestem jedną z nich.