


Zdzisław Podleśny
Modląc się często mówimy do Boga, ale czy Bóg mówi coś do nas? Jeśli tak, to dlaczego Go nie słyszymy? Co należy zrobić, w jaki sposób słuchać żeby ten głos Boga usłyszeć?...
Moje doświadczenie Boga, który do mnie mówi i doświadczenie Boga, który słucha zmieniało się na przestrzeni lat. Najpierw musiałem zmierzyć się z moimi wyobrażeniami. Kiedyś myślałem, że Bóg mówi w sposób, który dobrze wypada w kreskówkach Disneya i w Big Brotherze, i trochę przypominał opowieści biblijne z dzieciństwa - szczegónie tę o młodym Samuelu. Czyli był to nienaturalnie niski głos, który zaczynał zawsze od Zdzisławie Zdzisławie... Kiedy dorosłem (wcale nie tak dawno temu pomimo mojej około trzydziestki) zobaczyłem, że jest trochę inaczej. Po raz kolejny wyszło na jaw, że chcę narzucać coś Bogu. A to plan na moje życie, a to sprawy dotyczące mojej rodziny, no i między innymi sposób w jaki ma do mnie mowić sam Bóg. Można powiedzieć, że włączyłem sobie takiego matrixa gdzie chciałem zająć miejsce Boga i dyktować warunki.
Przyszedł czas pierwszego intensywnego spotkania z Bogiem. To były rekolekcje. Było we mnie jeszcze przekonanie, że Bóg nie tyle się do mnie nie odzywa, co nie ma mi nic do powiedzenia. To był pozytywny szok kiedy dowiedziałem się, że jest inaczej. Tak zaczęła się moja przygoda z modlitwą, która coraz bardziej zaczęła przypominać prawdziwą rozmowę.
Skoro Bóg ma mówić do mnie, to nie mogę go tylko katować własnymi słowami (w których zresztą przeważały ciągle te same teksty). Czasami bywało tak, że gadałem i gadałem i dalej gadałem... i jak już się wygadałem to kończyłem i tyle. A Bóg czekał. I mówił, ale się nie narzucał. To był taki okres kiedy wolałem się wygadać niż rozmawiać z Bogiem. Cały czas czegoś mi brakowało. Jednak z czasem zaczęło się to zmieniać.
Dziś wiem, że Bóg również do mnie mówi. On pragnie relacji ze mną. Szukając tych miejsc i momentów, gdzie i jak to się dzieje widzę, że cały czas próbował, ale ja byłem zbyt zajęty sobą. Fakt, że Bóg chce do mnie mówić i że to robi, jest dla mnie strasznie dowartościowujący. Dziś szukam woli Bożej na wielu płaszczyznach, bo patrząc wstecz zobaczyłem, na jak wiele sposobów owa wola była mi objawiana.
Przede wszystkim czytanie Słowa Bożego (Pismo Święte) - po co udziwniać! To trochę jak mycie zębów, od czasu do czasu dobrze to robić, ale efekty widać dopiero przy codziennej praktyce. Bóg w swoim Słowie i mnie pociesza, i strofuje, i zachęca do dobra, i przestrzega przed ślepymi zaułkami w życiu. Wiem, że jeśli chcę poznawać mojego Stwórcę i Zbawcę, to muszę być zakorzeniony w Jego Słowie, bo gdyby tak nie było, to znowu wymyślę sobie boga w wersji „easy“, którym będę lekko manipulował, ale który nie będzie Bogiem prawdziwym.
Często tym kanałem, przez który dociera do mnie Bóg są ludzie wokół mnie. Żona, wspólnota, a nawet moje dzieci. Przez te ostatnie Bóg przemawia często bez słów. Starsza córka pyta: Tatusiu kochasz mnie?? A ja oczywiście rozwiewam jej wątpliwości i jednocześnie widzę, że sam mam czasami chwile niepewności względem Bożej miłości co do mnie. A młodsza córka nic nie mówi tylko z gracją upada, a ja też nic nie mówię tylko pomagam jej wstać i jeśli trzeba to pocieszam (hamuję płacz). Ja twardziel, a właściwie pozer na twardziela, mam to samo i widzę, że Bóg jest cały czas blisko mnie, cały czas pomagający wstać, cały czas ratujący przed rozpaczą.
Tym co odkrywam ostatnio, są nie tyle słowa, co czyny Boga. Kiedy patrzę wstecz na moje życie widzę, że zostałem niejednokrotnie uratowany i potężnie obdarowany. Historia mojego życia nie jest ani spektakularna, ani dramatyczna, ale widzę, że cały czas jest w niej obecy Bóg. Kiedy ja taplam się w grzechu On mnie nie opuszcza tylko pochyla się jeszcze niżej nade mną. Z perspektywy czasu widzę, że moje małżeństwo, jego trwanie, to dzieło Bożego Miłosierdzia. I ta Boża obecność i jej efekty przemawiają do mnie najmocniej.