


Agata Zaranek
Kto z nas oglądając słynny film „Titanic” nie miał pretensji do kapitana statku, że nie uchronił go od katastrofy..? Był głupi, nieodpowiedzialny itd. - nie posłuchał wyraźnych i powtarzających się ostrzeżeń o górach lodowych! Ja miałam. Facet ewidentnie zawinił - zginęło przez niego tylu ludzi! Nie dość, że nie posłuchał tych ostrzeżeń, to jeszcze przyspieszył..! A niedawno się zorientowałam, że przecież ja też...
Swojego czasu moja przyjaciółka często powtarzała, że będziemy sądzeni z miłości. Nie tyle Bóg będzie patrzył na to, co zrobiliśmy złego czy dobrego, ile na to, jak - i czy w ogóle - kochaliśmy. Nie wiem, jakie podstawy teologiczne ma ta teoria, ale przecież w chrześcijaństwie wszystko da się sprowadzić do miłości... Przecież to o miłość chodzi. To ona jest najważniejsza - jest celem i sensem. To ona ma kierować naszym postępowaniem. Bóg jest miłością. Z miłości będziemy sądzeni.
Czas przed adwentem i, oczywiście, sam adwent, obfitują w różne wizje końca tego świata, paruzji i... w ostrzeżenia. Kto nas ostrzega? Apostołowie w Nowym i prorocy w Starym Testamencie. A Jezus w Ewangelii. Jezus bardzo wyraźnie mówi coś w stylu: „Uważaj! nie rozpędzaj się zbytnio. Kochaj, bo mogę cię o to spytać już jutro. Nie wiesz, kiedy przyjdę, więc bądź gotowa. Proszę...” Kiedy w kazaniu słyszę takie słowa, to wcale niekoniecznie odnoszę je do mojego życia. Ale kiedy mówi mi coś takiego sam Bóg..? Przecież rzeczywiście świat, który znamy, może skończyć się w tej minucie. I co wtedy? Przecież nie każdy zapytany, co zrobiłby wiedząc, że świat skończy się jutro, może odpowiedzieć, że skończyłby zaczętą właśnie partię szachów... Raczej przeprosilibyśmy się z tymi, z którymi jesteśmy w niezgodzie, dokończylibyśmy niedokończone sprawy, odkładane „na później”. Ale miłości nie można odkładać na później. Wszyscy znamy słowa pewnego księdza; „Spieszmy się kochać ludzi - tak szybko odchodzą.” No tak, ale ja też mogę w każdej chwili odejść. I co? Stanę, taka zaskoczona, przed Bogiem, który ma mnie sądzić z miłości. I co powiem? „Przepraszam Tato, nie zdążyłam...”? Głupie. Przecież tyle razy ostrzegał. Tyle razy napominał. A ja miałam pretensje do kapitana Titanica... Albo inne wytłumaczenie: „Tato, ale ja się tak bałam kochać...” Cóż, jeszcze głupsze. Co Bóg mógłby mi na to odpowiedzieć? Przecież ciągle powtarzał, że to o miłość chodzi. Przecież udowodnił to przez Wcielenie, Śmierć i Zmartwychwstanie Swojego Syna. To miłość jest najważniejsza. A ja co, bałam się? Dobre sobie...