Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.
Biblia

BIBLIA

Wariaci w Królestwie

Adam Dylus /Jezus.com.pl

 

„Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: Odszedł od zmysłów” (Mk 3,20-21)

 

Pamiętam, że już kiedyś, na łamach Portalu, dzieliłem się swoimi spostrzeżeniami co do ciekawej „prawidłowości” obserwowanej w większości środowisk kościelnych w Polsce. Wydaje mi się bowiem, że w naszym kraju przy prawie każdej parafii katolickiej można spotkać ludzi upośledzonych umysłowo lub takich, którzy w związku z jakimiś traumatycznymi przeżyciami „odeszli od zmysłów”. Najczęściej są to osoby zupełnie „niegroźne”. Pamiętam ze swojego dzieciństwa takiego mężczyznę, który lubił przebywać przy mojej rodzinnej parafii. Ponieważ z racji swojego upośledzenia umysłowego nie mógł nigdzie formalnie pracować, w czasie każdego pogrzebu nosił krzyż na początku konduktu. Dzięki temu czuł się potrzebny, a wiele osób życzliwie się do niego odnosiło. Również w parafii w której obecnie mieszkam, mamy takie osoby. Jedna z nich przybiega przed lub po każdej Mszy Świętej do zakrystii, klęka na środku pomieszczenia i prosi obecnego tam kapłana o osobiste błogosławieństwo. Inna spóźnia się na każdą Mszę, czy nabożeństwo, lecz kiedy wchodzi do kościoła, zawsze dziarskim krokiem zmierza do pierwszej ławki i przez cały czas pobytu w kościele rozgląda się z ciekawością wokół siebie.

 

Myślę sobie, że tacy ludzie czują się dobrze w cieniu kościoła. Niezależnie od swoich dysfunkcji, podświadomie czują, że są w tym środowisku akceptowani. Jest to dobrym świadectwem dla praktycznego wymiaru miłości chrześcijańskiej.

 

Niezależnie jednak od powyższego, obawiam się, że niektórzy ludzie, stojący na uboczu życia kościelnego, lub całkowicie niewierzący, obserwując takie przejawy życia parafialnego mogą zbyt pochopnie stawiać znak równości między chrześcijaninem i osobą która odeszła od zmysłów i do której należy podchodzić z wielką rezerwą.

 

Myślę jednak, że taki obraz chrześcijaństwa jest zupełnie mylny. Chrześcijanie, tak jak ich Pan muszą czasami robić rzeczy ponadprzeciętne (a dla wielu nawet niezrozumiałe). Muszą zrywać ze stereotypowym myśleniem. Muszą być gotowi nawet na oskarżenia o chorobę umysłową, ponieważ sprawy Królestwa nigdy nie zmieszczą się w „normach” prezentowanych przez „statecznych” ale „zblazowanych” ludzi.

 

Myślę, że chrześcijanie zawsze powinni się porywać na rzeczy po ludzku niezrozumiałe, które mogą pomóc innym w odnalezieniu drogi do Królestwa Niebieskiego. Na taki właśnie czyn zdecydowali się ostatnio moi serdeczni przyjaciele Monika i Marcin, z którymi mam przywilej spotykać się w jednej grupie modlitewnej od wielu lat. To młode małżeństwo z dwojgiem malutkich dzieci ma zapewne wiele potrzeb. A to trzeba by coś kupić dzieciom, a to należałoby dołożyć trochę do samochodu, który nie jest już „pierwszej młodości”. Monika jednak ostatnio na modlitwie miała wyraźne przekonanie, że należy docierać do ludzi z przesłaniem Słowa Bożego, które ma niebywałą moc. W tym celu wraz ze swoim mężem postanowili wykupić powierzchnię reklamową na jednym z wielkich billboardów położonych przy głównej drodze z Katowic do Wisły i umieścić na nim prosty graficznie, ale bardzo wymowny werset, zaczerpnięty z Ewangelii wg Św. Jana: „Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości (J 10,10).

 

Owszem, wielu ludzi powiedziałoby, że to młode małżeństwo odeszło od zmysłów, nie kupując nic dla swoich dzieci i nie inwestując w jakiekolwiek dobra dla siebie, lecz przeznaczając olbrzymią sumę pieniędzy, jedynie po to, aby choć w jakiś sposób przekazywać innym ważną prawdę biblijną.

 

Podobnie jednak uczynił ostatnio ewangelicki proboszcz szczyrkowski - ks. Jan Byrt. W ubiegłą niedzielę udał się na stoki i parkingi samochodowe w Szczyrku, które o tej porze roku są pełne zagorzałych zwolenników zimowego szaleństwa i w tych niecodziennych okolicznościach, ubrany w jaskrawoczerwoną kurtkę, podchodził do ludzi, wręczając im darmowe, ekumeniczne wydanie Nowego Testamentu.

 

Zamiast siedzieć w cieple własnego domu, zamiast mówić jedynie do ludzi zgromadzonych w czterech ścianach kościoła, wyszedł naprzeciw tym, którzy, być może nawet nieświadomie, wciąż poszukują odpowiedzi na ważne życiowe pytania. Oczywiście jego akcja została przez część osób odebrana bardzo negatywnie („niech lepiej siedzi sobie w kościele, a stok narciarski zostawi dla narciarzy). Być może część amatorów sportów zimowych posądziła go o to, że „odszedł od zmysłów”, on jednak w jasny i prosty sposób powtarzał w wywiadach, że w obecnym czasie nie można czekać już na ludzi, którzy przyjdą do kościoła. Teraz jest taki czas, w którym to Kościół musi wychodzić do ludzi.

 

Wydaje mi się, że chociażby te dwa przykłady pokazują osoby, które w pozytywny sposób... „odeszły od zmysłów”. Owszem, wiem, że wielu postronnych obserwatorów uzna opisane wyżej działania za zupełne wariactwo. Jednak, być może, dzięki takiej „terapii szokowej” zastosowanej w dzisiejszych czasach, epatujących nas przecież różnymi nieszablonowymi (a często nawet wulgarnymi) wydarzeniami, może zaistnieć jakieś dobro, które nie tylko dotrze do głębi serca człowieka, ale także wyda w nim pozytywny owoc.