


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Jezus powiedział do swoich apostołów: Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie! Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. Gdy was prześladować będą w tym mieście, uciekajcie do innego. Zaprawdę, powiadam wam: Nie zdążycie obejść miast Izraela, nim przyjdzie Syn Człowieczy” (Mt 10,16-23)
W jednym z ostatnich numerów „Rzeczpospolitej” ukazał się ciekawy artykuł poświęcony osobie jednego z najwybitniejszych polskich reżyserów Jana Jakuba Kolskiego. W tekście, autorka - Barbara Hollender, przytacza sporo wypowiedzi tego wybitnego twórcy, stwierdzającego między innymi, „że dla niego kino jest jak modlitwa, jak bicie serca. Nazywa je chorobą, na którą się umiera”. Reżyser z rozbrajającą szczerością przyznaje też, że „robi filmy, bo nie umie ich nie robić” (Barbara Hollender, Filmy jak modlitwy, Rzeczpospolita z dnia 2.07.2009 r.)
Wydaje mi się, że jeśli świecki reżyser, z takim pietyzmem traktuje kino (przyrównując je nawet do modlitwy), to jak należałoby potraktować misję przepowiadania Dobrej Nowiny. Ona na pewno nie jest ona chorobą, na którą się umiera. Wręcz przeciwnie - Ewangelia przynosi ze sobą zdrowie i życie wieczne.
Każdy chrześcijanin jest powołany do tego, aby z największą gorliwością i zaangażowaniem, oddać się tej czynności, ponieważ NIE MOŻE tego NIE robić. I choć nie zawsze świadectwo życia i przesłanie Dobrej Nowiny będzie się spotykało w tym świecie z przychylnością i otwartością serc ludzkich, nie może to oznaczać zaprzestania lub ograniczenia głoszenia Ewangelii, a tym bardziej zamknięcia jej w sterylnych i bezpiecznych ścianach własnego kościoła czy serca.
Zresztą Duch Święty wciąż prowadzi chrześcijan otwartych na Jego natchnienia do odważnego stawania w różnych środowiskach i między różnymi ludźmi pragnącymi doświadczenia prawdziwego, Bożego pokoju, jakiego świat dać nie może.
Mówił o tym w ostatnią niedzielę nasz nowy wikariusz. Opowiadał o swoich wrażeniach z jednej ze swoich ostatnich posług duszpasterskich. Okazało się, że przełożeni poprosili go, aby wygłosił kazania w parafii w Łebie. Przygotowując się do wyjazdu, Ojciec Błażej miał dziwne przekonanie, że Bóg (oprócz kazań) chce go użyć do jeszcze czegoś innego. I, mimo, że w zasadzie zawsze podróżuje pociągiem, młody ksiądz stwierdził, że tym razem pojedzie z Poznania do Łeby... autostopem. Pierwszy etap podróży, Ojciec Błażej odbył w TIRze. Nie jechał on co prawda bezpośrednio nad morze, ale kierowca zdecydował się podrzucić młodego księdza przynajmniej do Bydgoszczy. Dojeżdżając do miasta wpadł też na ciekawy pomysł, aby przez CB - radio zapytać innych kierowców, czy nie mogliby pomóc księdzu dostać się do Łeby. Kiedy rzucił pytanie w eter, natychmiast odpowiedziało kilku kierowców. Owszem, byli wśród nich tacy, którzy kpili sobie z księdza (i kierowcy który go zabrał), nie szczędząc złośliwych uwag i komentarzy. Ale w eterze odezwał się też pewien kierowca, który przyznał, że chciał się wyspowiadać i po wielu latach powrócić do głębokiej relacji z Bogiem. Przed Bydgoszczą ten właśnie kierowca zabrał księdza do swojego TIRa i rzeczywiście, w czasie podróży, wyznał swoje grzechy i przyjął oczyszczającą i przebaczającą moc Jezusa.
Patrząc na dzisiejszą Ewangelię i słuchając świadectwa naszego Ojca wikarego, uświadomiłem sobie, że różne ataki Złego i nawet największa nienawiść ze strony ludzi (która, przyznasz Czytelniku, w Polsce, w zasadzie nie ma miejsca), nie upoważnia chrześcijan do szukania miejsca spokoju i ucieczki od misji przepowiadania Dobrej Nowiny. Czasami, wręcz przeciwnie, trzeba wejść w pewne środowiska, które może nawet nie uświadamiają sobie potrzeby przebaczenia i pokoju z Bogiem, aby właśnie tam, z całą pokorą ale i odwagą, głosić Słowo Zbawienia i przyprowadzać do Ojca w Niebie przez Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym chociażby pojedyncze osoby, które zdecydują się otworzyć swoje serca.