


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Wśród słuchających Jezusa tłumów odezwały się głosy: Ten prawdziwie jest prorokiem. Inni mówili: To jest Mesjasz. Ale - mówili drudzy - czyż Mesjasz przyjdzie z Galilei? Czyż Pismo nie mówi, że Mesjasz będzie pochodził z potomstwa Dawidowego i z miasteczka Betlejem? I powstało w tłumie rozdwojenie z Jego powodu. Niektórzy chcieli Go nawet pojmać, lecz nikt nie odważył się podnieść na Niego ręki. Wrócili więc strażnicy do arcykapłanów i faryzeuszów, a ci rzekli do nich: Czemuście Go nie pojmali? Strażnicy odpowiedzieli: Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak, jak ten człowiek przemawia. Odpowiedzieli im faryzeusze: Czyż i wy daliście się zwieść? Czy ktoś ze zwierzchników lub faryzeuszów uwierzył w Niego? A ten tłum, który nie zna Prawa, jest przeklęty. Odezwał się do nich jeden spośród nich, Nikodem, ten, który przedtem przyszedł do Niego: Czy Prawo nasze potępia człowieka, zanim go wpierw przesłucha, i zbada, co czyni? Odpowiedzieli mu: Czy i ty jesteś z Galilei? Zbadaj, zobacz, że żaden prorok nie powstaje z Galilei. I rozeszli się - każdy do swego domu” (J 7,40-53)
Oglądałem ostatnio jeden z odcinków popularnego w Polsce serialu z gatunku tzw. court – show pt. „Anna Maria Wesołowska”. Relacjonował on przebieg pewnej rozprawy sądowej. W czasie przeprowadzania przesłuchań w sprawie pobicia młodej kobiety, przed sądem zeznawało wielu świadków. Większość z nich potwierdzała zebrane wcześniej przez prokuraturę zeznania i dowody w wyżej wymienionej sprawie, wskazujące zresztą jednoznacznie na sprawstwo oskarżonej. Dopiero ostatnie zeznanie złożone przez niedoszłą szwagierkę kobiety zasiadającej na ławie oskarżonych, spowodowało nagły zwrot akcji. Okazało się bowiem, że to nie oskarżona, ale właśnie ta młoda dziewczyna, snująca własne plany związku małżeńskiego z bratem oskarżonej, postanowiła wykorzystać pewne okoliczności, aby rzucić cień podejrzenia na swoją niedoszłą szwagierkę, spowodować jej zatrzymanie i skazanie, a przez to ułatwić sobie wspólne życie z bratem tej kobiety.
W przemowie końcowej, obrońca oskarżonej (grany przez adwokata Andrzeja Mękala) zwrócił uwagę, że, na szczęście, w polskim prawie istnieje tzw. zasada dowodów bezpośrednich, powodująca m.in. konieczność przesłuchania na sali sądowej wszystkich osób, mimo, że ich zeznania zostały już wcześniej złożone w prokuraturze. Właśnie dzięki tej zasadzie, w przytoczonym powyżej przypadku, udało się uniknąć strasznej pomyłki sądowej i wydania wyroku skazującego na osobę niewinną.
Ten przypadek stanął przed moimi oczami w momencie pochylenia się nad tekstem dzisiejszej Ewangelii. Nie mogę bowiem wyjść z „podziwu” nad zacietrzewieniem arcykapłanów i faryzeuszy, którzy mimo tylu wątpliwości, wciąż wnoszonych przez tak licznych świadków (część tłumu, strażników świątynnych) nie zmienili swojego negatywnego nastawienia do osoby Jezusa (pominąwszy przy tym również tak oczywiste i mogące pomóc w weryfikacji Mesjasza dowody, jak chociażby fakt narodzenia Pana w Betlejem). Co więcej, nawet słuszna uwaga Nikodema - jednego z największych ówczesnych autorytetów w dziedzinie przepisów Prawa Mojżeszowego, zarzucająca faryzeuszom poważne naruszenia procedury sądowej, nie znalazła zupełnie posłuchu i zupełnie zginęła w gwarze dyskusji (a może nawet kłótni) jakie rozpętały się wśród uczestników dyskusji.
Jednak, paradoksalnie, to właśnie wyżej wymienione okoliczności sprawiły, że arcykapłanom i faryzeuszom nie udało się Jezusa w tym czasie pojmać, oskarżyć, wreszcie jakoś uciszyć (czytaj: zabić).
Wydaje mi się bowiem, że próby jakiegokolwiek tuszowania faktów i fałszowania prawdy, wcześniej czy później zawsze doprowadzą do sporów, kłótni, podziałów i historycznej klęski.
I nawet jeśli w późniejszym czasie arcykapłanom udało się w końcu Jezusa wydać na śmierć krzyżową, ich rola w wyżej wymienionej sprawie na zawsze pozostała w pamięci ludzkości jako symbol działań najbardziej haniebnych i godnych potępienia, tak samo zresztą jak słynny gest Piłata, umywającego ręce od odpowiedzialności za śmierć Sprawiedliwego.
Jezus zaś, mimo pozornej klęski, nie przegrał. Trzy dni po swojej śmierci Zmartwychwstał do nowego życia.
Myślę, że można powiedzieć bez obawy błędu, że wszelka prawda zawsze zmartwychwstaje z Jezusem. Zmartwychwstanie prawdy pokazuje bowiem rzeczywistości do których przyznaje się Bóg. Zmartwychwstanie każdej prawdy następuje również po to, aby w jego pełnym blasku, obnażyć najbardziej nawet zakłamane i haniebne wyroki wydane „na zamówienie” lub według przesłanek określonych przez ludzkie ideologie.