Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.
Biblia

BIBLIA

Masz wybór

Adam Dylus /Jezus.com.pl

 

„Jezus powiedział do swoich uczniów: Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie. Potem mówił do wszystkich: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?” (Łk 9,22-25)

 

Przedstawiona w dzisiejszej Ewangelii droga za Jezusem wcale nie jest łatwa. Wbrew obiegowej opinii, że chrześcijaństwo jest religią maminsynków i nieudaczników, można powiedzieć, że Jezusowe wymagania całkowicie temu zaprzeczają. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że pójście za Chrystusem (być może szczególnie w dzisiejszych czasach) wymaga... heroizmu.

 

Jednocześnie przepraszam tych wszystkich, którzy dzisiaj chcieliby znaleźć w tekście jakieś rozważanie prawd biblijnych. Dzisiaj bowiem, w świetle przeczytanego Słowa Bożego chciałbym zachęcić do przyjrzenia się postaciom trzech wybitnych piłkarzy, którzy zyskali niesamowite uznanie na całym świecie, lecz w różny sposób podeszli do swojego życia.

 

Pierwszy z nich to słynny Paul Gascoigne, który zawsze fantastycznie grał w piłkę, ale niestety, na skutek swojego hulaszczego trybu życia szybko rozdał swój majątek, przepił zdrowie i karierę. „Teraz po raz kolejny walczy o życie. Zabijają go alkohol i depresja „Jeżeli jeszcze raz się napiję, to umrę. W zeszłym roku alkohol i narkotyki sprawiły, że byłem bliski śmierci. Jestem jak kot, mam kilka żyć, ale teraz zaczęło się to ostatnie” - tak 41-letni Paul Gascoigne przywitał nowy rok. Dwa lata temu napisał autobiografię „Moja droga do piekła i z powrotem”. Od tego czasu z piekła wychodził tylko na chwilę. Ostatnia terapia w Gloucestershire przebiegała po myśli lekarzy. Było tak dobrze, bo pacjent został zamknięty zupełnie sam, nie tylko daleko od alkoholu i lekarstw, lecz także od ludzi. Wypuścili go na trzy dni na święta Bożego Narodzenia, miał pojechać do rodziców. Nie pojechał. Jego 12-letni syn Regan mówił, że ojciec wkrótce umrze i że jego jedynym marzeniem jest, by stało się to jak najdalej od niego.

 

„Pamiętacie go jako jakiegoś »Gazzę«”, nikt się nie zastanawia, jakim jest ojcem albo człowiekiem” - stwierdził. Gascoigne poszedł do najbliższego hotelu, zamknął się w pokoju i przez pięć dni pił. Kiedy wyszedł, wrócił do kliniki (...).

 

Dla protestanckiej części miasta był tym, kim teraz dla katolickiej jest Artur Boruc. Prowokował w każdych derbach, udawał, że gra na flecie przed trybuną pełną kibiców Celticu po strzelonym golu, drwił z ich wiary. Płacił kary, ale ich wysokość nie robiła na nim wrażenia. Na alkohol wydawał kilka tysięcy funtów każdego miesiąca, był bogaty i doskonale się czuł jako własność publiczna. Jego 29. urodziny podczas tournée reprezentacji po Azji przeszły do historii. Bulwarowa prasa drukowała zdjęcia zawodników przywiązanych do fotela dentystycznego i sączących wlewające się do ust drinki. (...)

 

Anglia odpadła w półfinale z Niemcami po rzutach karnych. „Gazza” na mundial za dwa lata już nie pojechał. Glen Hoddle nie chciał go, bo wiedział o jego słabościach. Gdy Gascoigne dowiedział się, że nie ma go w kadrze, zdemolował pokój hotelowy, a kilka dni później po raz pierwszy zapisał się do kliniki na odwyk. Szybko zaatakował go drugi demon - depresja.

 

Ci, którzy widzieli go przy kolejnych próbach powrotu do formy, mówili, że najbardziej bał się wracać do domu. Ćwiczył najpierw z pierwszą drużyną, potem z juniorami, od rana do wieczora, byle tylko nie poczuć samotności. Dalej jadł tłusto, ale zmuszał się do wymiotów i zostawiał w brzuchu tylko zdrowe posiłki. (...)

 

Leciał już tylko w dół - wjechał swoim BMW w ustawioną na parkingu ciężarówkę, cudem przeżył. Próbował jeszcze grać w USA, a później trenować klub z niższej ligi angielskiej - Kettering. Wytrwał tam tylko 39 dni. Prezes Imraan Ladak powiedział, że Gascoigne był pod wpływem alkoholu przed, w czasie i po treningach.

 

Sam „Gazza” mówił, że tak jak nigdy nie odmówił autografu, tak samo chętnie stawiał drinki i rozdawał swój majątek. Kiedy współpracował z telewizją ITV, jednego wieczoru wydał 10 tysięcy funtów, kupował alkohol wszystkim w hotelu.

 

Żony już nie ma. W 1994 roku przyznał się, że ją regularnie bije, ona pokazała się prasie z podbitym okiem, rozwiedli się jednak dopiero cztery lata później, w międzyczasie urodził się syn. Po kilku próbach samobójczych najsłynniejszym cytatem z Paula Gascoigne’a stała się prośba: „Pozwólcie mi wreszcie umrzeć”.

 

Tylko w ubiegłym roku próbował odebrać sobie życie trzy razy. W portugalskim Faro zamówił do pokoju nóż rzeźnicki, przyjechała policja. W Londynie połknął tabletki nasenne (Michał Kołodziejczyk, Paul Gascoigne: Do piekła bez powrotu, Rzeczpospolita z dnia 6.01.2009 r.)

 

Zupełnie innym człowiekiem jest Marek Citko. Może młodsze pokolenie nie pamięta tego wspaniałego polskiego piłkarza, który w dniu 9 października 1996 w meczu eliminacji do Mundialu 1998 strzelił na londyńskim stadionie Wembley bramkę Anglikom, co uczyniło go jednym z najpopularniejszych polskich sportowców - w plebiscycie na najlepszego sportowca Polski 1996, przeprowadzonym przez Telewizję Polską, Program III Polskiego Radia i "Super Express", zajął pierwsze miejsce, wyprzedzając wszystkich medalistów olimpijskich z Atlanty. W konkursie tygodnika "Piłka Nożna" został "Odkryciem Roku". W czasie jednego z wywiadów zamieszczonego w książce „Boży Doping”, (Wydawnictwo "Rafael"), dziennikarz zadał pytanie:

 

„- W światku sportowym uchodzi pan za człowieka głęboko wierzącego, bardzo rygorystycznie przestrzegającego praktyk religijnych. Stawiany jest pan za wzór piłkarza -katolika. Czy zgadza się pan z takim zaszufladkowaniem?

 

Marek Citko: Od razu chcę wyjaśnić, że nie ma ludzi bardziej i mniej wierzących. Są jedynie tacy, którzy wierzą w Boga, bądź nie wierzą.

 

- Nie każdy jednak, tak jak pan, objawia swoje przekonania, nie każdy ma tyle odwagi, by o nich mówić...

 

M.C.: Istotnie, tej odwagi trochę potrzeba. Szczególnie potrzeba jej w momencie, kiedy należy sobie odpowiedzieć, czy naprawdę się wierzy, czy moja wiara to jedynie efekt wychowania rodzinnego i tradycji. Do takiej chwili trzeba dojrzeć, by jednoznacznie się określić.

 

- Opowiadają, że zanim dla pana nadszedł ten moment, Marek Citko był łobuzem...

 

M.C.: I teraz jestem... Nie jestem święty, jak każdy mam swoje słabości i popełniam błędy. Ważne jednak, by w codziennym życiu umieć sobie radzić z tymi słabościami.

 

- Czy pamięta pan dzień, kiedy dokonał pan tego życiowego wyboru?

 

M.C.: Tak, to było w Białymstoku, w czasie wielkopostnych rekolekcji. Grałem jeszcze w Jagiellonii, ale już byłem dość znanym piłkarzem. Doskonale pamiętam stres w przeddzień mojego wystąpienia. W wielkiej, wypełnionej po brzegi sali gimnastycznej, miałem mówić o tym, jak się zmieniłem, zadeklarować, że od tej pory będę żył inaczej. Bałem się tej konfrontacji, ale pojąłem, że stając się człowiekiem dorosłym, muszę dokonać zasadniczego wyboru. Zdecydowałem, że pójdę trudną drogą wiary, drogą, na której będę upadał i grzeszył, ufając jednocześnie Panu Bogu, że będzie mi pomagał podnosić się z tych upadków.

 

- Później często pana wypytywano o szczegóły tego wydarzenia. Czy opowiadanie o bardzo osobistych wyborach nie było dla pana irytujące, wstydliwe?

 

M.C.: To fakt, że media bardzo się interesowały moimi sprawami duchowymi, chociaż absolutnie nie zależało mi na tym, jak niektórzy sugerowali posądzając o tanią reklamę. Dochodziło z tego powodu także i do śmiesznych sytuacji, kiedy pisano, że w związku z przestrzeganym postem nie starczało mi sił w meczu. Czy mówienie o swojej wierze było wstydliwe? Nie! Jeśli ja poważnie traktuję te sprawy, to i poważni ludzie to rozumieją i szanują. Bo skoro swoje życie postanowiłem poświęcić i oddać w ręce Pana Boga i kochani Go jak ojca, a Maryję jak swą matkę, to dlaczego miałbym się tego wstydzić?! Podobnie, jak nie wstydzę się mówić, że kocham swoją żonę (Boży Doping, praca zbiorowa pod redakcją Tomasza Balon-Mroczka, Dom Wydawniczy RAFAEL, Kraków 2000).

 

O ile jednak osoba Marka Citko zginęła niejako w ludzkiej pamięci w związku z jego długą absencją sportową spowodowaną przede wszystkim poważną kontuzją, o tyle na pierwszych stronach gazet raz po raz pojawia się inna słynna mega gwiazda piłkarska, światowego formatu: Ricardo Izecson dos Santos Leite znany szerszej publiczności pod pseudonimem KAKA. W wywiadzie zamieszczonym w magazynie FUTBOL, można przeczytać, że wiara w Boga dla tego piłkarza jest niesamowicie ważna. Kaka sam potwierdza:

 

„Kiedy się wychowywałem, Biblia miała dla mnie ogromne znaczenie. Gospel również jest dla mnie bardzo ważny, nie tylko jako dla człowieka, ale także piłkarza. To część mnie i mojej egzystencji, ale oczywiście ciężka praca i trening jest również bardzo istotna, tak jak u każdego profesjonalisty. Wiara pomaga mi w zrozumieniu świata. Kiedy pewnych rzeczy nie jestem w stanie pojąć, np. wojen, zamachów terrorystycznych, chorób, rozmowa z Bogiem bardzo mi pomaga. Tajemnice stają się jasne jak słońce. A jeśli nawet modlitwa nie pomaga, wtedy... płaczę. Jak małe dziecko, które zgubiło rodziców i nie może ich odnaleźć. Zdarza mi się czasami wylewać łzy niczym bóbr. Ponieważ na językach moich butów mam wypisane motto życiowe: „należę do Boga” i taką koszulkę noszę pod strojem meczowym, wielu ludzi uważa, że obnoszę się ze swoją wiarą. Ja jednak nigdy tak nie pomyślałem. I mam nadzieję, iż kibice również tego tak nie odbierają. Kocham Boga, on mnie i nie mam zamiaru tego ukrywać. Wręcz przeciwnie. Chcę krzyczeć o mojej wierze na cały głos. Obecnie pełnię rolę „ambasadora” przy programie ONZ, który ma zapobiegać śmierci głodowej dzieci. Czuję się w tej roli wyśmienicie. Poproszono mnie o pomoc, bowiem jest wielu piłkarzy, którzy chcą pomagać dzieciakom, ale nie wiedzą w jaki sposób mają to robić. Jestem więc takim „łącznikiem” na linii: piłkarze-ONZ. Spotykamy się, rozmawiamy o biedzie na świecie, zastanawiamy się jak można pomóc. Nie chodzi tylko o pieniądze, ale również spotkania charytatywne, spotkania z biednymi dziećmi, przekazywanie im prezentów. Taka działalność przynosi mi wiele radości (na podstawie Marek Bobakowski, Magazyn Futlbol z dnia 5 lipca 2007 źródła: World Soccer, Milan Channel, fifa.com, Kicker).

 

Historie tych słynnych ludzi mogły się potoczyć w różnoraki sposób. Jednak Marek Citko, Kaka i wielu, wielu innych ludzi, dokonało w swoim życiu jednoznacznego, świadomego wyboru. Mając przed sobą „życie i szczęście, śmierć i nieszczęście, ci ludzie wybrali Boga. Owszem mogli swe serce odwrócić, nie usłuchać Pana, zbłądzić i oddawać pokłon obcym bogom, wiedzieli jednak, że jest to droga wiodąca do śmierci. Dlatego też wybrali życie, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego” (por. tekst dzisiejszego pierwszego czytania: Pwt 30,15-20)

 

A Ty? Pomyślałeś nad tym, co za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?