


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Gdy Jezus po pewnym czasie wrócił do Kafarnaum, posłyszeli, że jest w domu. Zebrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę. Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w sercach swoich: Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga? Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: Czemu nurtują te myśli w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga mówiąc: Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego” (Mk 2,1-12)
W 2007 roku cała Polska została wstrząśnięta wiadomością dotyczącą wniosku, jaki złożył w sądzie sparaliżowany mieszkaniec Jastrzębia - Zdroju Janusz Świtaj. Ten młody człowiek, który w 1991 roku uległ wypadkowi motocyklowemu, powodującemu paraliż całego ciała (i konieczność wspomagania oddychania przez respirator), zdecydował się na dramatyczny apel. Napisał: „Proszę o wyrażenie zgody na przerwanie mojej uporczywej terapii, która nie daje żadnej szansy na poprawę mojego stanu zdrowia. (...) Rodzice starzeją się i mają coraz mniej siły na sprawowanie całodobowej opieki, praktycznie bez wytchnienia, wolnego weekendu czy urlopu. Proszę o poważne potraktowanie mojego wniosku, w którym apeluję głośno i z rozpaczą o przerwanie terapii”. Ucinając wszelkie dyskusje związane z dywagacjami na temat znaczenia wyrażenia „zaprzestanie uporczywej terapii” Janusz postawił sprawę jasno: jego intencją było skrócenie życia, jako pasma niewyobrażalnych cierpień i... beznadziei...
A jednak niedługo po tym apelu, sprawa młodego mężczyzny przybrała zdumiewająco inny obrót. Zainteresowały się nim nie tylko media, ale też różne fundacje. W tym czasie do Janusza zadzwoniła między innymi Anna Dymna z Fundacji „Mimo wszystko” i zaproponowała temu młodemu człowiekowi… pracę. Mężczyzna do tej pory skazany sam na siebie (i swoich najbliższych, wyczerpanych już nieustanną pielęgnacją sparaliżowanego człowieka), mógł wreszcie odetchnąć. W dotychczas pustym domu Janusza pojawili się rehabilitanci. Co więcej, po szesnastu latach przerwy, Janusz zdecydował się na kontynuację nauki w liceum dla dorosłych. Codziennie przychodzili do niego nauczyciele i przerabiali kolejne tematy. Co tej pory życie Janusza nie było już szare i monotonne, wręcz przeciwnie, zyskało wiele nowych, nie znanych wcześniej, barw. W otoczeniu młodego mężczyzny pojawiło się wielu wspaniałych ludzi, otwartych na potrzeby bliźnich. Jedni pomogli w sfinansowaniu zakupu specjalistycznego wózka, dzięki któremu, po kilkunastu latach uwięzienia w czterech ścianach własnego domu, Janusz mógł wreszcie zobaczyć błękit nieba i ogrzać się w promieniach słońca. Inni ludzie zaprosili go do swojego letniego domku na krótki wypoczynek. Janusz rzucił się też w wir pracy. Pracując dla fundacji Anny Dymnej, codziennie wyszukiwał w Internecie ludzi potrzebujących pomocy. „Znajdował ich w najdziwniejszych miejscach, miasteczkach na końcu Polski, do których sami nie umielibyśmy dotrzeć. Był świetny, siłą musimy go odciągać od pracy. Wiążemy z nim nadzieje na najbliższe kilkanaście lat. Jego oczy, a przede wszystkim głos są dla fundacji niezwykle cenne” - twierdziła Maja Jaworska, wiceprezes Fundacji „Mimo wszystko”.
Być może w pewien sposób moglibyśmy porównać Janusza do bohatera dzisiejszej Ewangelii. On również sam, o własnych siłach, nie mógł nic zrobić. Być może, gdyby to było wówczas możliwe, również napisałby do sądu wniosek o zaprzestanie „uporczywej terapii” nie rokującej przecież szans na przedłużenie, a co dopiero zmianę jakości życia.
A jednak gdyby tak zrobił, straciłby znacznie więcej niż sam mógłby wtedy pomyśleć. Dzięki wysiłkowi jego przyjaciół, którzy nie opuścili go w potrzebie, ale próbowali znaleźć najlepsze możliwe wyjście z sytuacji, sparaliżowany znalazł się przed Jezusem, który go uzdrowił. Co więcej dotknął nie tyle jego strefy fizycznej, ale stokroć ważniejszej: sfery duchowej, przebaczając mu jego grzechy. Dzięki temu działaniu, które jest właściwe jedynie Bogu, uzdrowienie mogło nastąpić również w sferze fizycznej, a człowiek, wcześniej skazany na porażkę, wrócił do normalności.
Wydaje mi się, że dzisiejsza Ewangelia wzywa przede wszystkim do podjęcia współodpowiedzialności za innych. Przytoczona w niej historia jest przecież w pewien sposób podobna do historii mieszkańca Jastrzębia - Zdroju. Okazuje się, że i w jednym i w drugim przypadku, pomoc i opieka innych wpłynęły na wyraźną, można nawet powiedzieć radykalną zmianę życia.
A jednak dzisiejsza Ewangelia różni się znacznie od opowiedzianej na wstępie historii. Tekst biblijny prowadzi nas niejako krok dalej.
Pokazuje, że pomoc przyjaciół jest, owszem, bardzo ważna, ale ostatnie słowo w każdej kwestii należy do Jezusa. Nie wiem jak się to dzieje w życiu p. Janusza Świtaja, (ponieważ żaden z publikatorów o tym nie wspomina), wydaje mi się jednak, że terapia obejmująca jedynie psychologiczne i socjologiczne aspekty życia człowieka jest stanowczo niewystarczająca...