


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć” (Łk 13,1-9)
Daniel H. Stern, w swoim Komentarzu Żydowskim do Nowego Testamentu (wydanym przez Oficynę Wydawniczą VOCATIO, Warszawa 2004) słusznie zauważa, że ówcześni Żydzi, podobnie jak ludzie współcześnie żyjący, „nie mieli ochoty zastanawiać się nad swoim złym życiem i aby o nim nie myśleć, skupiali uwagę na bieżących wydarzeniach. Wiadomości, to opium dla ludu. Większość z nas nie ma najmniejszego wpływu na wydarzenia na świecie, ale wszyscy potrafimy się nimi zamartwiać i krytykować cudze grzechy, zamiast skupiać się na własnych i na własnym życiu”.
Rzeczywiście, obserwując współczesny świat, wydaje mi się, że próbujemy żyć w jakiejś wirtualnej, wyimaginowanej przestrzeni. Lubimy zasiąść sobie w wygodnym fotelu i z pilotem w dłoni, z oddalenia, zajmować się dramatycznymi wydarzeniami relacjonowanymi przez stacje telewizyjne. Chłoniemy papkę informacyjną, bądź też rzucamy się w wir rozrywek i spotkań, skutecznie uciekając przed odpowiedziami na najbardziej podstawowe pytania: „Jaki jest cel życia?”, „Dokąd zmierzamy?”.
Niektórzy chrześcijanie mają z kolei skłonność do popadania w drugą skrajność: próbują postrzegać Ewangelię, jak bajkę o dobrej wróżce, dzięki której wszystko w ich życiu, bez wysiłku z ich stromy będzie się przemieniało w złoto. Patrzą na Jezusa, chcąc w Nim wiedzieć tylko dobrego wujka, który będzie im pomagał w każdej sytuacji. Chcą, aby ich życie chrześcijańskie było miłe, łatwe i przyjemne...
Jednak Ewangelia zwiastowana przez Jezusa Chrystusa nie zawiera takiego przesłania. Jezus nie głosi jedynie kazań o miłości Bożej. Przypomina również, że istnieje zło i grzech, a człowiek wierzący musi nieustannie podejmować wysiłek trwania w Nim, jako winnym krzewie. Od samego początku naszej przygody z Bogiem, każdy z nas znajduje się na pierwszej linii frontu walki duchowej. Co więcej: już u samej podstawy naszego świadomego życia chrześcijańskiego, wymagana jest osobista decyzja opowiedzenia się za lub przeciw Chrystusowi. Żaden z ludzi nie może liczyć na „automatyczne” zbawienie. Nikt i nic nie jest w stanie tego zagwarantować. Warunkiem koniecznym jest nawrócenie: uznanie swojego grzechu, wyznanie go Bogu i przyjęcie przebaczenia, które jest możliwe tylko dzięki śmierci Jezusa. Bóg wciąż oczekuje na takie gesty ze strony człowieka. Wciąż zostawia drzewo nie przynoszące owocu (czyli grzeszników, wciąż chodzących swoimi drogami) na kolejne sezony, licząc, że doglądane, pielęgnowane, wciąż zasilane różnymi dobroczynnymi sokami, wreszcie rozkwitnie pełnią owocu.
W dzisiejszej liturgii Słowa każdy z nas jest konfrontowany z Dobrą i... złą Nowiną. Pierwsza z nich brzmi: Panie nie wycinaj tego drzewa, zostaw je jeszcze na kolejny rok, może przyniesie owoc...
Druga komunikuje odbiorcy: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie!”
Jeśli zastanawiasz się, z jaką postawą identyfikuje się Bóg, spojrzyj chociażby na tekst aklamacji śpiewanej przed dzisiejszą Ewangelią: „Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz pragnie, aby się nawrócił i miał życie” (por. Ez 33,11).